Przybytek naszego gospodarza jest opcją zdecydowanie
ekonomiczną i właściwie nie ma konkurencji w Ahuano. Są tu tylko dwa miejsca
noclegowe. Drugim jest Casa del Suizo („Chata Szwajcara”). To spory teren z
trzech stron odgrodzony trzymetrowym murem, z czwartej Rio Napo. Brama wjazdowa
wygląda solidnie, ma też stróżówkę i dzwonek. Casa z ulicy wygląda jak
więzienie. Nic bardziej mylnego.
Właściciel – Szwajcar – przeniósł się do Ameryki Południowej
po drugiej wojnie. Gregorio pracował dla niego przy budowie jakiegoś aquaparku
na południu Ekwadoru. Później, gdy budował swoją lodge, pracował w Casa
del Suizo, aby cichociemnie zdobyć know-how przed startem w branży, w której
był wówczas żółtodziobem.
Mówi, że przyjeżdżają tam głównie ziomkowie Szwajcara. Dowozi
i odwozi ich canoe. Na wycieczki też ruszają z brzegu. Gości przestrzega
się przed wychodzeniem do Ahuano. Ja tam ani razu nie czułem się tu zagrożony.
Wręcz przeciwnie – ludzie wydają się bardzo mili (chodź słyszałem też historie,
o nich innym razem). Gregorio twierdzi, że chodzi o hajs. Buteleczka wody w
Casa del Suizo kosztuje 3 dolary. W miasteczku 50 centów (choć ceny są tu
zmienne, a taki krezus z Casa del Suizo może zapłacić kilka centów więcej). Ale
kogoś, kto płaci 100 dolarów za noc, zapewne stać na szwajcarskie ceny. Nawet
na południowej półkuli.
Dowiedzieliśmy się tego podczas naszego nocnego wypadu
łodzią. Z rzeki Casa del Suizo wygląda nieźle – zadbane chatynki, iluminowane
tarasy, tylko turystów nie zauważyliśmy. Podobno taki miesiąc. U nas też bida.
Casa skrajnie kontrastuje z zabitą dechami (nieraz dosłownie)
wioską. Takie na przykład Museo de las Culturas de Ecuador – wygląda to jak
jakiś żart (nawet śmieszny). W każdym razie składa się ze sporego, pustego
przedsionka oraz jakiejś budki półtora na półtora metra. Nie widziałem jeszcze,
żeby była otwarta. Przez szczelinę między deskami dojrzałem tylko lodówkę pełną browarów i kraty tychże.
(ano)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz