wtorek, 6 stycznia 2015

Gocta, gigantyczny wodospad

Gocta to najwyższy wodospad w Peru, a piąty pod względem wysokości na Ziemi. Ma 771 metrów. Znajduje się w prowincji Amazonas, niedaleko Chachapoyas. Został „odkryty” (tj. przez tych, co mierzą wysokość i potem nagłaśniają w mediach), zdaje się, w 2002 roku.

Naturalnie, Ludzie z Chmur znają go od dawien dawna. Wodospad nie jest ukryty głęboko w lasach ani daleko w górach, droga doń nie jest najeżona trudnościami. Naprawdę nie sposób go nie zauważyć już z daleka. Jakimś cudem jednak, podobnie jak Kuelap, długo pozostawał niezauważony. Widać mgły unoszące się nad okolicami Chachapoyas mają moc utrzymywania w sekrecie wyjątkowych miejsc.

Krąży taka legenda, że wód Cataracty del Gocta strzeże białowłosa syrena, która nakazała Ludziom z Chmur utrzymywać w tajemnicy istnienie wodospadu, w przeciwnym razie rzuci na nich klątwę. Kaskady wody, przypominające cichy dym, w którym można dojrzeć różne dziwności, miałyby być włosami owej strażniczki wód.
Siedliśmy blisko wodospadu, w miejscu, gdzie jest już naprawdę zimno i wilgotno od wszechobecnych kropelek, ale nadal zadziwiająco cicho. 

Przypomniało mi się, jak ayahuasquero Roman opowiadał mi w mikołajkową noc, że każde, każdunie źródło, strumień, jezioro czy wodospad ma swoich strażników – wykraczające poza ludzką wyobraźnię stworzenia, które strzegą jego wód; dziwaczne i piękne istoty o nadprzyrodzonej mocy. Ludzie mogą je zobaczyć tylko w szamańskim stanie świadomości, a i to nieliczni.
Siedząc pod Gocta, poza wielkim szacunkiem czułam jego niepojęte zasoby energetyczne. Myślę, że tak potężnego wodospadu strzegą strażnicy o gigantycznej mocy.
(w)


Tak widzimy wodospad jakieś 1,5 godzi przed dojściem do jego stóp


Taka piękna jest droga doń.


Oraz taka. Cloud forest pełną gębą. 






To tylko dolna kaskada, a i tak z bliska nie mieściła się nam w obiektywie






Jako punkt odniesienia dla wysokości wodospadu, w lewym dolnym rogu znajduje się Ano

niedziela, 4 stycznia 2015

Summer i uzdrawianie snów

Summer to dream healer, uzdrowicielka snów. Zajmuje się tym od 40 lat. Okoliczności jej życia sprzyjały, bo nigdy nie musiała pracować. Miała więc dużo czasu na refleksje, jak mówi. Zaczęła od prowadzenia księgi snów. Nauczyła się zasad zapamiętywania snów i przez kilkanaście lat dzień w dzień je zapisywała. Opowiada, że to sny nauczyły ją swojej symboliki. Summer, jak wiele innych wspaniałych osób, które poznaliśmy w Vilcabambie, uważa, że w gruncie rzeczy każdy jest swoim własnym szamanem. Chodzi o czytanie znaków, którymi obdarza nas zarówno podświadomość, jak zewnętrzna rzeczywistość, i cierpliwą pracę nad ich zauważaniem i interpretacją.

Mówi, że sny stanowią klucz do zrozumienia samego siebie. Że sen to język, w którym przemawia do nas duchowość wszechświata, dając nam klucz do wzniesienia się nieco ponad ziemię. Równocześnie język snów jest bardzo indywidualny; tylko ty sam, przez pracę nad swoimi snami, możesz je pojąć i tym samym uzdrowić się na głębokim poziomie.

Summer mówi, że w gruncie rzeczy koszmary nie istnieją. Że interpretujemy to, co dzieje się w snach w nieadekwatnych kategoriach, nie mamy klucza do symboliki snu. Swoją rolę tłumaczy w kategoriach inspiracji i katalizatora procesu.

Spytałam, co zrobić, by lepiej zapamiętywać sny. Summer odpowiedziała, że przed zaśnięciem trzeba się pomodlić, do czego tam uważam za komfortowe. Ona najczęściej modli się do Jezusa, choć nie jest chrześcijanką; wyznaje równouprawniony melanż religijny. Czerpie z nich garściami. Mówiła m. in., że po przeczytaniu książki o żyjącej w XVI wieku Teresie z Avili przez długi czas miała głębokie wizje związane z tą świętą. Miała mianowicie poczucie, że jest jej kolejnym wcieleniem. Wszystko to brzmi trochę zwariowanie, ale w 73-letniej Summer naprawdę jest coś z anioła, jakby wybiła się ponad prozaiczny poziom i teraz bytowała na ziemi po to, by dzielić się swoją mądrością ze wszystkimi, co pojawią się na jej drodze. Jest pełna wiary i miłości jak sześciolatka, która żyje w ciele ładnej, zadbanej staruszki.
Modlitwa miałaby mieć takie mniej więcej brzmienie: Jezu/ Ganesho/ Matko Ziemio/ lub inna mocy, jestem skoncentrowana na teraźniejszości, przebywam tu i teraz; ześlijcie mi sen, który będzie najbardziej przydatny dla mojego życia w tym konkretnym momencie. Takie jest rozumienie snów według Summer: są remedium na nasze codzienne bolączki, kluczem do tego, co każdego dnia przeżywamy.

Osoby uczestniczące w dream circle (kółku snów) Summer prosi o przypomnienie sobie najwcześniejszego snu, który pamiętają jako koszmar. Celem kółka jest podzielenie się tymi snami i próba ich interpretacji w kontekście życia danej osoby.

Gdy przyznałam Summer ze smutkiem, że nie pamiętam swoich koszmarów z dzieciństwa, odpowiedziała, że to się zdarza bardzo często. Ona przypomniała sobie swój największy koszmar po kilku latach systematycznego studiowania snów. Ten koszmar ma być kluczowym snem dla zrozumienia samego siebie.

Po latach prowadzenia dziennika Summer zdecydowała się pójść do profesjonalnej szkoły kształcącej uzdrowicieli snów. Praca z mistrzami zaskutkowała decyzją o odejściu od męża po ponad 20 latach małżeństwa. Summer była już wtedy po czterdziestce.
Fontanna jej duchowości trysnęła pełną parą.

Summer poznaliśmy w Monte Suenos, najpiękniejszym hotelu w Vilcabambie, gdzie przez wiele miesięcy miała pokój księżniczki w kolorystyce różów, lila i nasyconych błękitów. Na ścianach totalny melanż kulturowo-religijny: rysunki czakr obok, obrazów hinduistycznych bóstw obok indiańskich szamanów; na półkach książki o UFO, a w powietrzu zapach kwiatów i kadzideł. Pogadaliśmy chwilę i zniknęła, bo była pora jej rytualnego chodzenia po słońcu.

Ostatnio wyszeptała nam, że udało jej się znieść dualizm snu i jawy. Teraz już zawsze znajduje się we śnie.

(w)

czwartek, 1 stycznia 2015

Vilcabamba na dobry nowy rok

Raz jeszcze Vilcabamba. Na dobry nowy rok. Cobyśmy tam wrócili.

Vilca to moje ulubione miejsce na Ziemi. Niby już to wiem, podobnie jak to, że nigdy nie byłam tak szczęśliwa jak tam, nigdy też nie rozwijałam się tak intensywnie w tak krótkim czasie. Ta świadomość jest krzepiąca, daje dobry punkt oparcia. Równocześnie jednak tyle jeszcze spraw i urojeń spraw trzyma mnie w Europie. Fakt, głównie są to czynniki zewnętrzne. Rodziny przyzywają regularnie. Czasem doskwiera brak rutynowego, zorganizowanego życia. Do tego po głowie krążą jakieś utarte schematy, jakieś myśli i przekonania, do których byłam przywiązana całe życie; trudno teraz sobie wyobrazić, że to już nie są moje myśli, a tylko siła przyzwyczajenia. Umysł jest już wyzwolony (to,notabene, najwspanialsze osiągnięcie z naszej podróży).
Już jedną nogą jestem gotowa, by zostać tu na zawsze, ale druga nadal wisi nad Europą. To jedziemy, zobaczymy, co tam słychać. Bilety mamy na maj z Buenos Aires, więc jeszcze sporo kontynentu do przemierzenia. Wiele osób mówi, że po Ameryce Południowej Europa jest nie do zniesienia. Że dopiero po powrocie widać jak na dłoni różnice mentalno-kulturowe, różnice w tempie życia, wartościowaniu, poziomie konsumpcji. I że trudno się z tym pogodzić. Ale co tam, spróbujemy.

Wszystkim życzę podróży na ten piękny kontynent.

(w).