Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bhp. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bhp. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 17 listopada 2014

Podwodne flow 2

Podstawowa licencja Open Water stowarzyszenia NAUI uprawnia do nurkowania do głębokości 18 metrów. Zdobywa się ją bardzo łatwo. Podejrzewam, że w tak wyluzowanym pod względem BHP kraju, jak Kolumbia (podobnie jak Ekwador), nawet łatwiej, niż gdzie indziej. Co nie znaczy, że nie czułem się bezpiecznie, przynajmniej pod wodą, bo instruktor Rodrigo był jednak bardzo skrupulatny co do procedur.

Nie można tego powiedzieć o szefie szkoły nurkowania. Ostatniego dnia, kierując łodzią do zatoki, gdzie mieliśmy nurkować, staranował na całej naprzód łódkę jakiegoś bogu‑ducha‑winnego rybaka. Na pokładzie było nas 9 osób, ściśniętych z tyłu, przez co łódź płynęła szybciej, jej dziób był nieco uniesiony do góry, a kapitan nie zauważył, że płynie prosto na inną łódź. Na szczęście nikomu nic się nie stało. Rybak był zadziwiająco wyrozumiały, zważywszy, że mógł z tego nie wyjść. Pomogli mu w czerpaniu wody z pokładu, sprawdzili, czy jego łódź nie przecieka, po czym odpalił motor i odpłynął, umówiwszy się z szefem, że załatwią sprawę odszkodowania wieczorem. Jeden Niemców, którzy nurkowali z nami tego dnia, spytał, czy to zdarza się częściej. Szef powiedział, że nie, że pierwszy raz. Potem zaczął żartować, że kupił licencję kapitana wczoraj w Exito (popularna sieć hipermarketów w Kolumbii), bo dodawali ją do kubełka czipsów. Byłoby to może i śmieszne, gdyby nie wrażenie, że mogłoby być prawdą. Już wcześniej zauważyłem kilka dziwnych sytuacji i intuicja podpowiadała mi, że cały ten jego biznes to tylko kasa za partactwo. Ale nie chce mi się o tym pisać. Co gorsza, jest to jedna z lepiej promowanych i starszych szkół w Tagandze. Strach pomyśleć, co się wyrabia w tych gorszych. Na szczęście, gdy już schodziłem pod wodę, wszystko było jak trzeba.

Wracając więc pod taflę, licencja polega na wykonaniu około 10 ćwiczeń pod wodą. Większość łatwych – wyciągnąć z ust ustnik regulatora (przez który się oddycha), nie przerywać wydechu i po chwili znów go włożyć; wpuścić do maski trochę wody i wydmuchać ją nosem; osiągnąć neutralny wypór (czyli nie opadać zbytnio przy wydechu i nie podnosić się zbytnio podczas wdechu) i pozostać w pozycji lewitującego buddy przez pół minuty; itd. Ogólnie jedną z ważniejszych umiejętności nurka jest właśnie osiągnięcie tego neutralnego wyporu (poprzez pompowanie kamizelki i wypuszczanie z niej powietrza), po czym kontrola głębokości zanurzenia dzięki płetwom i, ewentualnie, kontroli oddechu (subtelnych korekcjach głębokości wdechu i długości wydechu).
Opanowanie technik okazało się ciekawą grą analogową. Jednak nie tak ciekawą jak sam podwodny świat. Różnic w porównaniu z rzeczywistością na powierzchni jest więcej, niż mi się wydawało.
Na przykład optyka. Rzeczy wydają się większe i bliżej. Trzeba się do tego przyzwyczaić, aby na przykład nie uszkodzić płetwą liczących czasem tysiące lat koralowców. Do tego im głębiej, tym bardziej zawęża się widzialne spektrum kolorów. Szybko znika więc żółć i czerwień, co pozwala, na przykład, stanąć oko w oko z niebiesko‑granatowym homarem.
Albo akustyka. W pełnych wody uszach dominuje własny głośny oddech i ten podwodny biały szum. Poza nim słychać bardzo niewiele, co daje poczucie niesamowitego odosobnienia i nierealności, jakby to wszystko było tylko jakąś interaktywną rozrywką (do tego mocno zawężony „ekran” widzenia). Jeśli już słyszy się jakiś inny dźwięk (na przykład przepływającą motorówkę lub przeponowo‑gardłowe „y!” instruktora, który chce zwrócić twoją uwagę), to trudno określić jego źródło. Podobno to dlatego, że dźwięk podróżuje pod wodą 4 razy szybciej.
No i oczywiście gęstość wody, przez którą wszystko dzieje się wolniej, co daje wrażenie rozciągania się czasu. Z drugiej strony, za każdym razem schodziliśmy na 30‑45 minut, a wydawało się sporo krócej. W każdym razie ruchy trzeba dostosować do tego tempa, bo szarpanie się szybko wyczerpuje. Już 10 metrów pod wodą ciśnienie rośnie o całą atmosferę, 20 metrów pod wodą ma już 3 atmosfery i tak dalej. Ostatnim razem zeszliśmy na 25 metrów.

Wracając do licencji, egzaminu praktycznego nie ma, wystarczy wykonać poprawnie wszystkie ćwiczenia. Jest test teoretyczny – 62 pytania wielokrotnego wyboru. Większość bardzo łatwa, kilka sprawiło mi trudność, ale wystarczy 75% poprawnych odpowiedzi, żeby zdać.

Na koniec moje małe amatorskie bestiarium stworzeń, które widziałem pod wodą. Nazw nie podaję, bo nie znam.

1. Wielki żółwioch. Przynajmniej metr długości. Dokładniej trudno stwierdzić, bo rzeczy wydają się większe i bliżej.
2. Zakamuflowana na dnie ryba, która po spłoszeniu rozkłada płetwy boczne w jaskrawoniebieski wachlarz.
3. Ukryty w jamie wąż lub węgorz morski. Dosyć zadziorny, gdy zbliża się do niego dłoń. Awanturnictwo sugeruje też jego złowrogi i lekko głupkowaty pysk.
4. Ukryty w jamie homar, jak już wspomniałem, w zupełnie innej kolorystyce, niż na talerzu. Zlokalizować można takiego po wystających z jamy, długaśnych wąsach.
5. Ryba, którą brałem za skamieniały kawałek koralowca, póki Rodrgio nie wskazał mi jej oka.
6. Rybki lego. Unoszące się w wodzie bloczki, które wydają się zupełnie nie opływowe. Być może nie potrzebują się zbytnio przemieszczać czy uciekać. Potrafię to zrozumieć.
Poza tym moją ulubioną rozrywką było zaglądanie do kominowych form koralowca. Im większe, tym większa szansa, że kryje się w takim spora ryba. Ograniczone spektrum kolorów czyni rafę doprawdy kosmicznym krajobrazem. Struktury te na pewno miałyby bardziej znajome kolory, gdyby wyciągnąć je na powierzchnię. Ale lepiej niech zostaną tam, gdzie rosną po około centymetr rocznie, czasem od tysięcy lat.

Tym razem bez zdjęć na temat, bo nie ma więcej. Być może przyśle mi kilka jeden z Niemców, z którymi nurkowałem ostatnim razem.

Zamiast tego, wielce archiwalne, głupawe foty w temacie tego samego żywiołu. Wody termalne w ekwadorskiej miejscowości Baños, co znaczy właśnie „łaźnie”. Weronka powiedziała, że to jakieś hajduszoboszlo, jest obleśnie i nie wchodzi. Ja tam wszedłem, bo czego się nie robi dla zdrowia.
(ano)



środa, 5 listopada 2014

Podwodne flow


Zaczęło się od tego, że miła młoda Kolumbijka poprosiła mnie, abym podpisał papier, że jeśli wypłynę brzuchem do góry, to nie ich wina. Ale operują już ponad 20 lat, więc chyba nawet w kraju z tak złą karmą nie działaliby, gdyby ginęli ich klienci.

Taganga leży na karaibskim wybrzeżu, tuż obok Santa Marty – najstarszej osady konkwistadorskiej na kontynencie. Szef szkoły nurków powiedział, że jest to drugie najtańsze na świecie miejsce do nauki nurkowania, po Tajlandii. Szkół jest tutaj około 15. Większość prowadzi zajęcia wokół pobliskiej wyspy. Ale „moja” szkoła prowadzi również fundację ochrony rafy koralowej, ma hodowlę koralowców i różne zajęcia edukacyjne. Dzięki temu jako jedyni mogą pływać z przyszłymi nurkami do jednej z zatok Tayrony – malutkiego, ale najliczniej odwiedzanego parku narodowego w Kolumbii (z którego właśnie wróciliśmy i będzie o tym fauniasto-florystyczny post).

Podpisałem zrzeczenie się odpowiedzialności, zapłaciłem 220.000 pesos (ok. 350 zł) i ruszyłem na swoje pierwsze zejście. Wybrałem jednodniową opcję Mini Curso, która nie jest żadnym kursem, bo nie daje żadnego papieru. Flow próbne.
Najpierw jechaliśmy ponad pół godziny na plażę, skąd popłynęliśmy na Playa de Amor – „plażę miłości”. Słodko. Na plaży czekał na mnie instruktor Rodrigo, cieć Toto i dwóch Australijczyków, którzy robili tam kilkudniowe kombo kursu Open Water + Advanced. Ten drugi będzie ich uprawniał do nurkowania do głębokości 40 metrów (!), jak również nurkowania w jaskiniach i we wnętrzach wraków. Sztosik. Poza tym goście spędzali większość dnia w hamakach. Plaży nikt postronny nie odwiedzał, bo prywatna, a do tego w parku narodowym.

Gdy instruktor Rodrigo dowiedział się, że jestem z Polski, zaczął mówić do mnie per „po polsku”. Poza tym czasem wtrącał jakieś proste słowa po polsku. Nieco się zdziwiłem. Niewielu rodaków się tu zapuszcza i częściej Kolumbijczycy nie mają pojęcia, gdzie Polska się znajduje, albo pytają, jakim językiem się tam operuje. Ale Rodrigo był 14 lat temu na Gran Canarii, gdzie rzekomo poznał ze 150 polskich dziewcząt. Nie mam pojęcia, co też mogło robić 150 Polek na Gran Canarii w 2000 roku.

Na sam początek mieliśmy wejść z całym akwalungiem z brzegu i zrobić kilka ćwiczeń, klęcząc w wodzie po szyję. Ale instruktor zmienił plan. Omówił krótko teorię na łódce, włożyłem płetwy i pas z obciążnikami, który ważył ze ćwierć tego co ja, Rodrigo pozapinał mi kombinezon z całym misternym sprzętem, siadłem na brzegu łódki i na trzy wypchnął mnie do wody, butlą na plecach do dołu. Wokół zawirowała piękna faktura natury w bąbelki i nie do końca wiedziałem, gdzie góra. Ale czaję wodę i wiem, że przede wszystkim chodzi o spokój i złapanie flow. Po chwili się wynurzyłem, pokazałem, że wszystko git i miałem popływać trochę wokół łódki, aż Rodrigo wrzuci drugiego kursanta.
Następnie zrobiliśmy kilka ćwiczeń. Nie ma o czym pisać, bo nuda. Po tym nacisnęliśmy magiczny guzik na akwalungu i zaczęliśmy tonąć. 3‑4 metry pod wodą, na dnie powtórzyliśmy ćwiczenia. Niezły mim z tego Rodrigo – porozumiewa się pod wodą bardzo jasno, wyraźnie i zrozumiale. To w sumie prosty i intuicyjny język, przynajmniej na tym poziomie.

Po ćwiczeniach popłynęliśmy nad rafę koralową. Tym razem nurkowaliśmy nawet do 10 metrów. Łeb ciśnie, ale łatwo sprawić, żeby nie wybuchł. Wystarczy zatkać nos i próbować go wydmuchać, jak również przełykać ślinę, co w moim przypadku działało dużo lepiej. Co ciekawe, ustnik to taka sprytna technologia, że można spokojnie do niego zwymiotować (właściwie nawet trzeba, jeśli wystąpi odruch), a treści zostaną odprowadzone na zewnątrz.
Popływaliśmy sobie tak niecałe pół godziny wśród kosmicznych koralowców i kolorowych, zaskakująco niepłochliwych rybek, w tym pięknej (i podobno jadowitej) skrzydlicy.

wszystkie foty autorstwa Rodrigo


Jestem już parę tygodni w tym hałaśliwym kraju, więc po wielokroć doceniam chwile, gdy ustaje rejwach. A podwodny świat to nowy wymiar ciszy i spokoju. Jesteś tylko ze sobą, nawet płynąc obok towarzysza, póki nie wpłynie ci w mocno zwężone pole widzenia. Porozumiewać można się tylko gestami, większość dźwięków jest stłumiona przez ten podwodny biały szum.

Dygresja.
Przypomniałem sobie dawny pomysł, żeby spróbować nagrać jakiś numer na hydrofonie. Ciekawe czy da się wyemitować pod wodą przynajmniej pół‑zrozumiały wokal. Jeśli nie, to może chociaż jakieś melodyjne dźwięki z paszczy?
Koniec dygresji.

Woda miała podobno 29 stopni, więc na dwa wskoki nawet nie wkładaliśmy pianek. Mimo to, pod koniec zrobiło mi się nieco chłodno.

Już na plaży zjedliśmy po steku z tuńczyka i relaksowaliśmy się, podczas gdy Rodrigo popłynął na sesję z Australijczykami. Plaża też miła. Wszędzie poginają małe mnóstwokolorowe jaszczurki i rosną nawet ośmiometrowe kaktusy, tak zwane candelabras, bo to bosque seco, czyli las suchy. Toto wskazał mi też największego kraba pustelnika, jakiego widziałem – ze swą zajumaną muszlą był wielkości dużej piąchy. Niestety aparat zostawiłem Weronce, więc mam tylko kilka marnej jakości fot, które strzelił mi Rodrigo pod wodą.


Być może będzie ich więcej, bo dziś zaczynam trzydniowy Open Water Course z, zdaję się, licencją na nurking do 12 metrów. Temat polecam. Jest flow.
(ano)

od lewej: majtek-nurek, kapitan i instruktor Rodrigo

piątek, 6 czerwca 2014

Downhill, off-road, chill-out

Czemu nikt mi nie powiedział jak zajebiste jest zjeżdżanie rowerem z góry? To jak gra komputerowa. Z tym że chodzi tylko o to, by nie stracić jedynego życia, a poziom trudności waha się bardzo nierównomiernie. Na gracza czyhają przeróżne przeszkody, typu strome zjazdy po żwirze przed ostrym zakrętem nad przepaścią, głębokie błocka, strumienie (czasem można przejechać, ale bezpieczniej przenieść rower), wyskakujące nagle z gospodarstw psy i inne.

Wyruszyliśmy w składzie: Kaluka – organizator wypadu i recepcjonista hosterii, jego luba Charlotte z Niemiec, nasz 68 letni sąsiad John, Weronka i ja. Zaczęliśmy od wypożyczenia rowerów, załadowania ich na taksówkę i zawiezienia najwyżej jak się da – tam, gdzie zaczyna się piesza trasa po parku Podocarpus, o którym pisałem już tutaj. Tym razem pogoda była dużo lepsza – na górze lekko kropiło, ale po kilometrze przestało.

Na początku zjazd był dosyć stromy. Trochę wydygałem, bo jesteśmy z Weronką kompletnymi żółtodziobami w górskim pedałowaniu, a tu od razu na głęboką wodę i uważać na hamulce, bo są tak mocne, że łatwo wylecieć przez kierownicę.
8 kilometrowy odcinek z Podocarpusa do drogi Vilcamaba-Loja pokonaliśmy w pół godziny, z kilkoma postojami na zjawiskowych punktach widokowych. Na jednym z nich widzieliśmy tęczę w dolinie pod naszymi stopami. Tego jeszcze nie było, choć w okolicach Podocarpusa jest to podobno częste zjawisko.

Po dotarciu do jezdni, przejechaliśmy nią zaledwie kilkadziesiąt metrów, by znów zjechać w polną drogę. Od teraz trasa była już mniej stroma. Po kilkunastu minutach dojechaliśmy do rzeki, gdzie zrobiliśmy krótki popas – banany i czekolada. Zmieniliśmy też lekko nasz stan skupienia, wzorem klubu CBC (pozdro Jarek i Kuba). Nie wiem czy był to na to najlepszy moment, bo przed nami był najbardziej zdradziecki etap – wąskie ścieżki żwirowe nad rozpadlinami, kamieniste koryta strumienia i sporo błota. Jednak rowery dawały radę. Były tylko dwa małe incydenty. Weronka raz zbyt mocno przyhamowała i przeleciała nad kierownicą. Jednak chyba nie jechała zbyt szybko, bo nawet nie zdarła sobie dłoni, na których wylądowała. Ja natomiast przyhamowałem na żwirze przed bardzo wąską ścieżką, którą zamierzałem pokonać pieszo. Tyle koło roweru ześlizgnęło się i omal nie wypadło poza krawędź przepaści. Jednak lewą nogę miałem już na ziemi, a prawą przytrzymałem koło. Jadący tuż za mną John nie zareagował, więc chyba nawet nie wyglądało to groźnie.

Po trudnym odcinku wjechaliśmy na wiejską drogę, co chwilę mijając małe wioski, pojedyncze domy (zamieszkałe i opuszczone), kury, kaczki, drób i jakieś rozszczekane wypierdki.
Ten etap był dla mnie najprzyjemniejszy. Wyczuwałem potencjalnie optymalne tempo życia tych osad, pełnych spokoju i bujnej zieleni wokół.
Po drodze napotkaliśmy też klacz ze źrebakiem. Kaluka powiedział, że chyba urodził się tej nocy. Wczoraj tędy przejeżdżał i jeszcze go nie było, za to była klacz. Faktycznie mały był bardzo mały i co nieco sfatygowany, choć już pewnie stał na nogach.

Ostatni etap był nudnawy – zwykły zjazd jezdnią do bardzo przyjemnego miasteczka Malacatos, kilka kilometrów od Vilcabamby. Tam zatrzymaliśmy się na lody i małe browarki, czekając na naszego taksówkarza.

Całe 4 5 godzin ubawu kosztowało nas 16 $ od głowy. Wygląda na to, że nie opyla się inwestować pieniądz we własny rower plus czas na jego mycie, konserwację i naprawy. No chyba że ktoś lubi i umi.
W każdym razie polecam – zjeżdżanie rowerem z góry jest zajebiste. Lepsze niż konie (nie według Weronki) – więcej kontroli, emocji, łatwiej zrobić postój w dowolnym miejscu i tylko kilka odcinków pod górę. Tort z samych wisienek. Postaram się zjadać go co tydzień-dwa.


(ano)

P.S. Zapomniałem zabrać na wypad aparat, więc zamiast tego kilka kolejnych rajskich fot. Wbijajcie pooddychać, odpocząć po tej Nocy Kultury w Lublinie.



piątek, 30 maja 2014

Wonsz

W końcu jakiś gad. I to nie gdzieś tam w głębi w dżungli, tylko obok restauracji. Ktoś zauważył na krzaku zwiniętego w kłębek, śpiącego węża. Ja dowiedziałem się o nim, bo kwoki-kuchary po kolei podchodziły do krzaka, po czym uciekały z piskiem i machaniem łapami. Podszedłem więc zrobić mu sesję zdjęciową. Menago hosterii Raik powiedział, żeby uważać i nie budzić go, bo jest jadowity. I to nie byle jak jadowity – rzekomo po ukąszeniu ma się 20 minut na przyjęcie surowicy albo kaput.


W każdym razie w okolicy kręcą się dzieci, psy, więc szefowie wydali wyrok śmierci na gada. Wykonał go jeden z tutejszych robotników od wszystkiego, od ogrodnictwa, przez wykończeniówkę i naprawę piecyków gazowych, po tępienie węży. Jednym sprawnym cięciem maczety przepołowił gada.


W końcu widziałem na własne oczy zjawisko działania zdecentralizowanego układu nerwowego. Obie połowy węża nadal się wiły, a co jakiś czas gadzina pokazywała język.
Wąż był mały – najwyżej 40 cm długości. Egzekutor wybebeszył też z niego jaja. Widać wężyca, niedoszła mama.


Po chwili kwoki z kuchni przyniosły alkohol, w którym maczają patyk, żeby rozpalać palniki. Szefowa kuchar stwierdziła, że gada trzeba spalić, bo kły nadal stanowią zagrożenie. Zrobili więc ognisko z węża, a ja zastanawiałem się nad trucizną. Zapewne taki potężny jad z gruczołów kłowych byłby cenną zdobyczą dla jakiegoś znachora. Wszak większość trucizn to stężone lekarstwa.


(ano)

niedziela, 11 maja 2014

Najwyższy poziom kontroli

Możemy spokojnie powiedzieć, że przejęliśmy kontrolę nad barem. Nasz niemiecki menedżer Raik od początku obdarzył nas swobodą działania i zaufaniem. I jest to chyba najlepszy pomysł. Tak więc poza fizycznymi ograniczeniami zasobów w barze, nie ogranicza nas zbyt wiele.

Po pierwsze, sami robimy selekcję muzy. Jako osoby nieobojętne wobec tła dźwiękowego, a do tego dosyć eklektyczne w upodobaniach, cieszy nas to szczególnie. W zeszły piątek selekcją zajęła się Weronka i z pięć osób wyraziło swoje uznanie. To miło. Podobnie w sobotę, kiedy to urządziliśmy naszą najlepszą dotychczasowa bibę w Ekwadorze. Zdaje się, że część gości podziela to zdanie. Z żalem wyprosiłem ostatnich dwóch niedobitków (Nikiego i Johna) o 4:30. Niemal co dzień ktoś z naszej entuzjastycznej klienteli interesuje się czymś, co puszczamy. Tak więc wprawdzie oferujemy potencjalnie niezdrowe substancje, ale uspokajamy sumienie, prowadząc działalnością poniekąd edukacyjną.

A czasem unplugged. Na zdj. Kaluka - kiedyś za barem, dziś na recepcji, a potem przed barem.


Po drugie, możemy pić w pracy. Z jednej strony pomysł ryzykowny dla osób nieodpowiedzialnych, ale myślę, że uda nam się nie rozpić. Bez obaw, mamo. Zresztą od lat jestem pracującym w domu tłumaczem freelancerem, więc żadna to dla mnie nowość. Natomiast otwiera nam to pole do popisu w kwestii udoskonalania drinków i koktajli. Przy okazji sobotniej imprezy wymyśliłem dwa nowe. Recepturę podam w innym wpisie.



Po trzecie, to my decydujemy, kiedy zamykamy. Mamy bardzo swobodny kontakt z zazwyczaj zrelaksowanymi i entuzjastycznymi gośćmi, więc chyba jest to najlepsza opcja. Gdy kończy nam się energia, nie musimy powoływać się na konkretne godziny otwarcia czy politykę firmy. Zwyczajnie ogłaszamy ostatnie zamówienie, bo czas na nas, licząc na empatię. Działa.

Po czwarte, jest nas dwoje, a spokojnie wystarczy jedna osoba, by ogarnąć temat. Wczoraj na przykład spędziłem większość czasu przed barem, tłumacząc doku reality o gościu szukającym kawy w Nepalu. Podczas pracy sporo czytamy, huśtamy się w hamakach, kąpiemy się i takie tam.

Nocne zmiany bywają męczące, ale to ciekawa praca. Wędrowcy to chyba najlepsza klientela, jaką może mieć barman. Wpadają tu głównie europejczycy. Jak to ludzie w podróży po dalekich krainach, tryskają sporym entuzjazmem. Dobrze się z nimi rozmawia. Jedni wpadają jak po ogień, inni zostają na tydzień. Nikiego, o którym jeszcze napiszę, przetrzymujemy tu potęgą dobrego klimatu od poniedziałku, kiedy to planował ruszać dalej. Mamy też stałego bywalca – sąsiada hosterii Johna. O nim również na pewno napiszemy. Jest to także ciekawe doświadczenie lingwistyczne. Posługuję się tu czterema językami. Z Weronką po polsku, z większością po angielsku, czasem wcinam się w rozmowy po niemiecku, a sporadycznie pojawi się też ktoś bardziej miejscowy, gadający po ekwadorsku. Zdaję się, że dotychczas miałem kłopoty ze zrozumieniem tylko niektórych rozmów po hiszpańsku oraz tych kilku rozmów po tyrolsku.

Nasza pierwsza sobota/niedziela na służbie. Tańce i próby doświetlenia kadru ok. godz. 4. Od lewej Niki, Weronka i John.

(ano)

poniedziałek, 5 maja 2014

Nie widzę problemu, czyli o przystosowywaniu się do braków. I o zmianach na lepsze.

Takie zagadnienia, jak brak wody (zimnej, bo ciepła to zbędny luksus w klimacie równikowym), bezustanna wilgoć, rozprzestrzeniający się grzyb czy wszechobecne owady dla Ekwadorczyków nie stanowią problemu. W ogóle nie ma kwestii. Taki jest rytm tego miejsca, tak było i będzie.
Dla nas, przybyszów z dość sterylnej Europy, kwestia jest, ale w sumie szybko okazuje się, że nie ma problemu. Łatwo można się przystosować, przyswoić logikę, według której żaden brak nie jest dramatyczny ani dotkliwy. Nie ma co walczyć z wiatrakami.

Nie jest to żadne odkrycie, że gdy nie ma wody, korzysta się z deszczówki. Deszczówka to błogosławieństwo – do mycia rąk, mycia owoców i warzyw przed jedzeniem, mycia naczyń, prania (do prania to akurat zawsze tylko deszczówka), do spuszczania wody w toalecie.

Zdarzyło się raz, że zjawili się turyści, a nie było wody. Nie było też kucharki, bo Marisela pojechała na zakupy do Tena. Turyści najpierw zapytali o jedzenie. To mówię im, że kucharz pojechał po świeże rybki i warzywa i wróci za godzinę, jedzenie będzie więc za około 2 godziny. Mówią, że w porządku. Mija półtorej godziny, Mariceli nie ma. Dzwonimy. Okazuje się, że jeszcze nie wyruszyła z Teny. Tłumaczymy sytuację gościom. Oni trochę wnerwieni. Widzą na barze przegniłego banana, którego przyniosłam dla Bartka. Pytają, czy mogliby dostać po bananie. My w lekkiej konsternacji, bo w lodówce zostały tylko trzy zczerniałe bananki i jakaś podstarzała papaja. Ale nic, mówię, że zrobię im sałatkę owocową. Ręce i owoce myję w deszczówce. Finalnie sałatka wychodzi nawet nawet, znalazłam dodatkowo jakieś zapomniane jabłko. Jeszcze bez zmarszczek na skórce.
Brak wody to również problem toaletowy – nie ma jak spłukać wody, co w sytuacji, gdy przyjdą goście, jest naprawdę słabe. Napełniamy więc kilkulitrowe butle deszczówką i umieszczamy w toaletach. Na koniec trochę kręcą nosem, ale i tak zostawiają nam napiwek. Zostawiają coś jeszcze - pełną pieluszkę pod jednym ze stołów. No tak, przecież nie ma śmietnika.

Gdy nie ma papieru toaletowego, Marisela poleca liście platanowca.

Każdego dnia watahy różnych owadów krążą po pokojach. Najpierw zabijasz je z obrzydzeniem, potem już beznamiętnie. Dochodzi do tego, że podłoga usłana jest trupkami os, mrówek i pająków. Żyjesz wśród nic i jest Ci smutno z powodu tylu niepotrzebnych śmierci, i w końcu starasz się raczej wyprowadzać owady za drzwi, niż wysyłać je na tamten świat.

Nie ma też sensu walczyć z wszechobecnym grzybem, przypominającym kryształki szronu. Usuwasz go, a następnego dnia znów się pojawia. Aż się chce podziwiać jego nieustępliwość, w wyniku której tynki próchnieją, a następnie są odpychane od ściany przez rozrastające się grzybie macki.

Mój telefon nie działa, odkąd przylecieliśmy do Ekwadoru – na lotnisku w Panamie funkcjonował jeszcze normalnie, a na lotnisku w Quito pojawił się czerwony krzyżyk w miejscu, gdzie powinien być zasięg, i tak jest do tej pory. Telefon wrócił zatem do pierwotniejszej funkcji - zegarka i budzika.
Z kolei telefon Bartka działa krótko (smartfon, więc w sumie nic dziwnego), ale gdy się rozładuje, to pozostaje w tym stanie na jakiś tydzień. Po jakimś tygodniu znienacka się włączył i to była radość – można zagrać w grę czy napisać esemesa. Potem znów padł. Wyszło na to, że trzeba nauczyć się korzystać z niego w nowy sposób. Bartek wpadł na pomysł, by nie doprowadzać do rozładowania. Pełen sukces. Od tamtej chwili mamy jeden działający telefon.

W zeszłym tygodniu mój laptop przestał działać, prawdopodobnie wskutek wilgoci. Taka sytuacja, jak się okazało, też ma pozytywy – więcej się czyta, więc jest więcej inspiracji; gdy coś wpadnie do głowy, robi się odręczne notatki, jest więcej czasu, by poukładać sobie w głowie kłębowisko refleksji, zamiast pisać na gorąco.
Dość późno przychodzi nam do głowy pomysł stary jak świat. Ryż! Doskonale pochłania wilgoć. Nie bez powodu do solniczek wsypuje się kilka ziarenek ryżu. Poczułam się jak odkrywca. Pewnie dlatego (i oczywiście również dlatego, że jest tani) jest najpopularniejszym pokarmem w wilgotnym klimacie równikowym!
Zatem na folię wysypałam górkę ziaren ryżu, ugniotłam ją równo, i na tej górce zostawiłam na noc kompa. Wygląda na to, że pomogło. Fakt też, że następnego dnia spakowaliśmy manatki i opuściliśmy dżunglę.

Gdy nie czerpiesz radości z okoliczności, w jakich przebywasz – w naszym przypadku miks dżungli i pracy w lodge okazał się męczący – jest to wyborna okoliczność, by zastanowić się, co i gdzie mogłoby Ci sprawić przyjemność. Dobrze jest uczynić z tego cel podróży, ruszyć się i poszukać tego. Nie wiem czy to zawsze działa, nam się w każdym razie udało. I to jak! W tym samym czasie, gdy dostaliśmy posadę wolontariuszy w Vilcabambie, Pedro z Misahualli (ten, z którym płynęliśmy po małej lagunie; jest na zdjęciu w poście o małpach z Misahualli) wysłał nam wiadomość z propozycją wolontariatu u niego. Nie dość więc, że nie musieliśmy zostać w Ahuano, to nagle mieliśmy wybór spośród dwóch fantastycznych opcji – pracy przy obsłudze turystów na przepięknej lagunie Pedra i chilloutowej pracy w barze w rewelacyjnym ośrodku turystycznym Izhcayluma w Vilcabambie. Że nas zmęczyła natarczywa obecność moskitów, upały i wilgoć, zdecydowaliśmy się na Vilcabambę. Jesteśmy tu od paru dni i jest po prostu najlepiej. Wygląda to tak:

Tak wygląda najbliższa okolica. Panuje tu klimat ciepłej wiosny, przez cały rok. 

To nasz taras
Nasz pokój, chyba nawet większy niż w Lublinie

I wreszcie - nasze miejsce pracy
Wychodzi więc na to, że nie jest się więźniem okoliczności. Wszystko to kwestia otworzenia się na nowe perspektywy, nastawienia umysłu na szukanie harmonii między światem zewnętrznym i sobą. Da się.

wtorek, 29 kwietnia 2014

Sposoby na moski

Wszystkie sposoby ochrony przed moscos są toksyczne. Detan, najpopularniejszy w tych stronach repelent, w swoich ingrediencjach ma tylko jeden składnik, o budzącym grozę symbolu N-N Dietil -3-Metylbenzamida 20%. Tyle. Z tego, co się orientuję, spraye przeciw komarom w Polsce to najczęściej kompozycje olejków eterycznych: lawendy, eukaliptusa, wanilii. Tu – czysta chemia, toksyczna nie tylko dla moskitów, ale też dla ludzkiej skóry. Skóra staje się cienka, podatna na poparzenia i zranienia. W dłuższej perspektywie trudno oszacować, czy lepiej dla zdrowia jest używać repelentu, czy go nie używać.

Co dopiero inne rozwiązanie, o którym słyszeliśmy. Można tu pono zakupić taką „bombę”, która rozpyla w powietrzu substancję sprawiającą, że przez jakiś miesiąc czasu moskitów i meszek po prostu nie będzie. Był taki plan dla lodge na najazd turystów, jednak nie został urzeczywistniony. I dobrze, myślę. Nie wyobrażam sobie bowiem, jakie szkody taka silna substancja chemiczna mogłaby wyrządzić dla ludzkiego zdrowia. Ciekawe, co ucierpiałoby najbardziej. Skóra? Płuca? Jakieś inne narządy wewnętrzne? Pewnie skutki mogłoby być widoczne dopiero po paru latach, i nigdy nie udałoby się skojarzyć problemu z „bombą”, która sprawiła, że kawałeczek dżungli przez krótką chwilę był wolny od moskitów.
Obawiam się, że „przestrzeń wolna od moskitów” w ofercie niektórych hoteli dżunglowych to może być poważna zagwozdka dla zdrowia.






sobota, 26 kwietnia 2014

No to 10 $ czy nie 10 $?



Przy wejściu do lodge i po drugiej stronie rzeki wisiały szyldy sprzed dwóch lat, reklamujące ten przybytek. Kłopot w tym, że była na nich stara cena za nocleg (10 $ za osobę) i przybysze dziwili się, gdy słyszeli, że teraz jest 25 $ za osobę. Spora inflacja, swoją drogą. Natomiast goście, którzy zrobili wcześniejszą rezerwację, dziwili się, że płacą 25 $, bo przecież szyld…

W czwartek przyszedł majster, żeby wymienić szyldy. Miał ze sobą wspomniane szyldy (najwyraźniej złożone zaraz po druku na ploterze, więc otwierając zdarł trochę farby), wiertarkę, nity i śruby, klej, nóż do cięcia tapet oraz specjalne zaciski do naciągania szyldu na ramę. Nie miał natomiast drabiny i pomocnika. Jedno i drugie znalazł tutaj, choć drabinę nieco za niską.

Zabrał się do roboty, przesuwając sobie chyboczący się podest (też znaleziony na miejscu) i stawiając na nim też dosyć zdezelowaną drabinę. Żeby ułatwić sobie ekwilibrystykę na ramie, wyciął sobie nożykiem otwory na stopki w poprzednim szyldzie. O takie:


Chwilę później też z nich korzystałem. Ktoś musiał trzymać szyld po drugiej stronie, podczas gdy gość wdrapywał się na rusztowanie, żeby umocować go, wkręcając nity w ramę. Gdzie nie sięgał z wiertarką, sięgał z klejem marki Africanero. Ja trzymałem puszkę, a on zanurzał w niej łapę i nanosił. Domyślam się, że polepion dłoń nie pomagała mu w wygibasach na wysokości.
Ale kulminacyjny punkt program miał dopiero nadejść. Chciał przynajmniej po jednej stronie wwiercić od góry porządnie kilka nitów. Najpierw próbował stanąć na zatopionej w murze, sterczącej z muru rurce elastycznej. Okazała się zbyt elastyczna. Tak więc powiedział, żebym podał mu drabinę na górę. Postawił ją na wąskim murze i ostrożnie wdrapał się na nią. Wyglądało to tak.


Na tej małej przestrzeni miałem się jeszcze zmieścić ja – powiernik kleju Africanero. Bez kitu myślałem, że się stamtąd starabani, pociągnie mnie za sobą i obaj skończymy na wózkach. Ale przeżyłem, by to spisać
Z drugim szyldem poszło gładko, bo był na lekkiej, zdejmowanej ramie.

Po naszej wizycie na bombie podzieliłem się z Gregoriem moimi refleksjami o tutejszym wyluzie w związku z bhp. Powiedział, że gdy jakiś robotnik tu spadnie z wysokości i się zabije, to nie ma wielkiego halo. Na szczęście to nieźli cyrkowce. Nic dziwnego, że mówią im per maestro.

(ano)

Tekst o fieście, a zdjęcia codzienności



Trzydzieści metrów za bramą lodge zauważyłem, że zapomniałem aparatu. To nic, w sumie idę tylko na internet. Sto metrów dalej przypomniałem sobie, ile to razy nie ustrzeliłem czegoś ciekawego, bo nie chciało mi się wrócić po aparat.

Złapałem taksówkę, wskoczyłem na pakę, bo nie było dla mnie miejsca w gospodzie. Nawet lubię jeździć tu na pace. Można sobie stać i wiatr orzeźwia trochę tropikalny klimat. Z tym, że ta taksówka poza rusztowaniem, miała jeszcze plandekę na pace. Nuda. Dojechaliśmy do wioski, skręciliśmy w polną drogę i po stu metrach taksówka zatrzymała się.

Usłyszałem muzykę. Byliśmy we względnym centrum Ahuano. Pasowało mi. Wysiadłem, zapłaciłem (25 centów, niezależnie od miejsca i trasy) i zobaczyłem pochód karnawałowy. Przypomniałem sobie, że Maricella wspominała, że w wiosce trwa fiesta. Pochód nie był zbyt rozbujany. Żadne Rio de Janeiro, żadna samba. Składał się z kilku przystrojonych bibułą i balonami pick-upów, z których leciała muza. Przed każdym szła osoba, niosąc tekturę z wypisaną nazwą danego communidad. Za każdym szedł korowód dzieci i młodzież przystrojonej w fatałaszki danej społeczności.

Była młodzież we współczesnych strojach, tańcząca jakiś nowszy taniec latino. Były małe pocahontas w szmatkach z dżungli i wymalowanych we wzorki twarzach. Ale najlepsi byli młodzi typowie w futrzastych spodniach (może z lamy?), krwistoczerwonych koszulach i kawałkach papieru na ustach, na których mieli wyrysowane wielkie zębiska. Szkoda, że tego nie widzieliście.

Podskoczyłem szybko na internet, bo musiałem zrobić pilny przesył danych, i wróciłem do hotelu. Wziąłem aparat i ruszyłem z powrotem z nadzieją, że zdążę dorwać przebierańców.
Taksówki się tu nie wzywa, tylko łapie ją na stopa, gdy nadjeżdża. Właściwie każdy cię weźmie i każdy skasuje 25 centów. Jakoś nic nie jechało. Czasem przez cały kilometr do Ahuano nic cię nie minie. Godziny szczytu są wtedy, gdy przyjeżdża i odjeżdża autobus do Teny. W każdym razie skręciłem z głównej drogi w dotychczas mi nieznaną, licząc, że to skrót. Rok temu w Maladze, pewien wiekowy podróżnik powiedział mi, że najkrótsza droga to ta, którą znasz. Znów miał racje, cholera. Gdy w końcu dobrnąłem na miejsce fiesty, po przebierańcach nie było śladu.


Za to po drodze trafiłem na osiedle, chyba socjalne, które powstaje koło Ahuano. Część domków jest już zamieszkała. Smutny to kontrast estetyczny z piękną selvą wokół. Natomiast mieszkańcy mili. Z uśmiechem pokazali drogę do wioski.

(ano)


trzeba uważać na te studzienki, nie włóczyć się po ciemku