Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lodge. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lodge. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 6 maja 2014

Ćmosłoń

Z archiwum selvy.

Chyba jednak najbardziej zadziwiły mnie w dżungli owady. Pająki wywołują dużo emocji, najwięcej przed przyjazdem, ale już na miejscu okazuje się, że z dużej chmury mały deszcz. Wprawdzie wyjechaliśmy z dżungli, nie zobaczywszy żywej tarantuli, ale nic straconego – podobno w okolicach Vilcabamby też biegają. Małpy zawsze spoko, ale to było wiadomo. Na anakondy uważaliśmy (pozdro The Autochtons), ale nie przypełzły. Pumy to głębiej w puszczy, a nie na skraju wsi ludzkiej, gdzie przebywaliśmy.
Za to prawie codziennie zaskakiwały mnie jakieś kosmiczne insekty, o czym było już -> tutaj. Kolejnym spektakularnym stworem, który latał nam przed drzwiami kilka dni przed wyjazdem był ćmosłoń. Nie dość, że to największa ćma jaką widziałem (długości dłoni), to jeszcze z wodogłowiem. Locura!



(ano)

poniedziałek, 5 maja 2014

Nie widzę problemu, czyli o przystosowywaniu się do braków. I o zmianach na lepsze.

Takie zagadnienia, jak brak wody (zimnej, bo ciepła to zbędny luksus w klimacie równikowym), bezustanna wilgoć, rozprzestrzeniający się grzyb czy wszechobecne owady dla Ekwadorczyków nie stanowią problemu. W ogóle nie ma kwestii. Taki jest rytm tego miejsca, tak było i będzie.
Dla nas, przybyszów z dość sterylnej Europy, kwestia jest, ale w sumie szybko okazuje się, że nie ma problemu. Łatwo można się przystosować, przyswoić logikę, według której żaden brak nie jest dramatyczny ani dotkliwy. Nie ma co walczyć z wiatrakami.

Nie jest to żadne odkrycie, że gdy nie ma wody, korzysta się z deszczówki. Deszczówka to błogosławieństwo – do mycia rąk, mycia owoców i warzyw przed jedzeniem, mycia naczyń, prania (do prania to akurat zawsze tylko deszczówka), do spuszczania wody w toalecie.

Zdarzyło się raz, że zjawili się turyści, a nie było wody. Nie było też kucharki, bo Marisela pojechała na zakupy do Tena. Turyści najpierw zapytali o jedzenie. To mówię im, że kucharz pojechał po świeże rybki i warzywa i wróci za godzinę, jedzenie będzie więc za około 2 godziny. Mówią, że w porządku. Mija półtorej godziny, Mariceli nie ma. Dzwonimy. Okazuje się, że jeszcze nie wyruszyła z Teny. Tłumaczymy sytuację gościom. Oni trochę wnerwieni. Widzą na barze przegniłego banana, którego przyniosłam dla Bartka. Pytają, czy mogliby dostać po bananie. My w lekkiej konsternacji, bo w lodówce zostały tylko trzy zczerniałe bananki i jakaś podstarzała papaja. Ale nic, mówię, że zrobię im sałatkę owocową. Ręce i owoce myję w deszczówce. Finalnie sałatka wychodzi nawet nawet, znalazłam dodatkowo jakieś zapomniane jabłko. Jeszcze bez zmarszczek na skórce.
Brak wody to również problem toaletowy – nie ma jak spłukać wody, co w sytuacji, gdy przyjdą goście, jest naprawdę słabe. Napełniamy więc kilkulitrowe butle deszczówką i umieszczamy w toaletach. Na koniec trochę kręcą nosem, ale i tak zostawiają nam napiwek. Zostawiają coś jeszcze - pełną pieluszkę pod jednym ze stołów. No tak, przecież nie ma śmietnika.

Gdy nie ma papieru toaletowego, Marisela poleca liście platanowca.

Każdego dnia watahy różnych owadów krążą po pokojach. Najpierw zabijasz je z obrzydzeniem, potem już beznamiętnie. Dochodzi do tego, że podłoga usłana jest trupkami os, mrówek i pająków. Żyjesz wśród nic i jest Ci smutno z powodu tylu niepotrzebnych śmierci, i w końcu starasz się raczej wyprowadzać owady za drzwi, niż wysyłać je na tamten świat.

Nie ma też sensu walczyć z wszechobecnym grzybem, przypominającym kryształki szronu. Usuwasz go, a następnego dnia znów się pojawia. Aż się chce podziwiać jego nieustępliwość, w wyniku której tynki próchnieją, a następnie są odpychane od ściany przez rozrastające się grzybie macki.

Mój telefon nie działa, odkąd przylecieliśmy do Ekwadoru – na lotnisku w Panamie funkcjonował jeszcze normalnie, a na lotnisku w Quito pojawił się czerwony krzyżyk w miejscu, gdzie powinien być zasięg, i tak jest do tej pory. Telefon wrócił zatem do pierwotniejszej funkcji - zegarka i budzika.
Z kolei telefon Bartka działa krótko (smartfon, więc w sumie nic dziwnego), ale gdy się rozładuje, to pozostaje w tym stanie na jakiś tydzień. Po jakimś tygodniu znienacka się włączył i to była radość – można zagrać w grę czy napisać esemesa. Potem znów padł. Wyszło na to, że trzeba nauczyć się korzystać z niego w nowy sposób. Bartek wpadł na pomysł, by nie doprowadzać do rozładowania. Pełen sukces. Od tamtej chwili mamy jeden działający telefon.

W zeszłym tygodniu mój laptop przestał działać, prawdopodobnie wskutek wilgoci. Taka sytuacja, jak się okazało, też ma pozytywy – więcej się czyta, więc jest więcej inspiracji; gdy coś wpadnie do głowy, robi się odręczne notatki, jest więcej czasu, by poukładać sobie w głowie kłębowisko refleksji, zamiast pisać na gorąco.
Dość późno przychodzi nam do głowy pomysł stary jak świat. Ryż! Doskonale pochłania wilgoć. Nie bez powodu do solniczek wsypuje się kilka ziarenek ryżu. Poczułam się jak odkrywca. Pewnie dlatego (i oczywiście również dlatego, że jest tani) jest najpopularniejszym pokarmem w wilgotnym klimacie równikowym!
Zatem na folię wysypałam górkę ziaren ryżu, ugniotłam ją równo, i na tej górce zostawiłam na noc kompa. Wygląda na to, że pomogło. Fakt też, że następnego dnia spakowaliśmy manatki i opuściliśmy dżunglę.

Gdy nie czerpiesz radości z okoliczności, w jakich przebywasz – w naszym przypadku miks dżungli i pracy w lodge okazał się męczący – jest to wyborna okoliczność, by zastanowić się, co i gdzie mogłoby Ci sprawić przyjemność. Dobrze jest uczynić z tego cel podróży, ruszyć się i poszukać tego. Nie wiem czy to zawsze działa, nam się w każdym razie udało. I to jak! W tym samym czasie, gdy dostaliśmy posadę wolontariuszy w Vilcabambie, Pedro z Misahualli (ten, z którym płynęliśmy po małej lagunie; jest na zdjęciu w poście o małpach z Misahualli) wysłał nam wiadomość z propozycją wolontariatu u niego. Nie dość więc, że nie musieliśmy zostać w Ahuano, to nagle mieliśmy wybór spośród dwóch fantastycznych opcji – pracy przy obsłudze turystów na przepięknej lagunie Pedra i chilloutowej pracy w barze w rewelacyjnym ośrodku turystycznym Izhcayluma w Vilcabambie. Że nas zmęczyła natarczywa obecność moskitów, upały i wilgoć, zdecydowaliśmy się na Vilcabambę. Jesteśmy tu od paru dni i jest po prostu najlepiej. Wygląda to tak:

Tak wygląda najbliższa okolica. Panuje tu klimat ciepłej wiosny, przez cały rok. 

To nasz taras
Nasz pokój, chyba nawet większy niż w Lublinie

I wreszcie - nasze miejsce pracy
Wychodzi więc na to, że nie jest się więźniem okoliczności. Wszystko to kwestia otworzenia się na nowe perspektywy, nastawienia umysłu na szukanie harmonii między światem zewnętrznym i sobą. Da się.

wtorek, 29 kwietnia 2014

Mała refleksja pożegnalna o selwie

Gdy wybierasz się w rejony Amazonii i szukasz informacji na jej temat, bardzo szybko dowiadujesz się, że czyhają tam na ciebie moskity, przenoszące malarię, żółtą febrę i dengę; że występują tam niezmierzone ilości dziwacznych owadów i pajęczaków oraz od groma dzikich, egzotycznych zwierząt, z których wiele potencjalnie może stanowić zagrożenie dla życia. Na widok ogromnych pająków i węży (na zdjęciach) odczuwasz napływ adrenaliny i ekscytujące mrowienie.
Jak tu przyjedziesz, bardzo szybko poczujesz na własnej skórze, co to znaczy. Nocą – wsłuchujesz się w melodie dżungli. Od ropuch i żab, przez najróżniejsze cykady, świerszcze, inne brzęczydła, ćmy przypominające małe helikoptery, żuki, po nocne ptaki, a może i większe stworzenia – nie ma jednak szans, by je dostrzec, więc snuje się domysły. Kminisz, czy to zawodzenie małpy, czy może ten misio – szczur drzewny, o którym kiedyś ktoś opowiadał; czy to ta ropucha, która tak się nadyma, gdy się do niej podchodzi, czy jeszcze coś innego.

W dzień, początkowo tam, gdzie jest jedzenie, napotykasz ogromne ilości meszek. Wystarczy wrzucić coś do śmietnika, a już unosi się z niego chmara moscos, przez których ukąszenia już nie będziesz mógł spokojnie spać przez cały okres pobytu w dżungli.
Natomiast po zmroku, gdy zapalasz światło w kuchni, spotykasz pierwsze karaluchy. Zależnie od szczęścia, będzie ich od kilku do kilkudziesięciu. Pierwsze wrażenie jest wstrząsające, potem, stopniowo, zaczynasz przywykać. Uświadamiasz sobie, że nie jesteś w stanie nic zrobić, nic poprawić, że nawet mozolne, uporczywe próby utrzymywania porządku są daremne – bo na przykład przyjdą dzieci i zostawią resztki jedzenia na wierzchu, albo przez cały dzień nie ma wody i nie ma jak zmyć naczyń. Bez względu na wszystko - karaluchy i tak tam będą. Musisz to zaakceptować i zacząć je tolerować.

Potem przychodzi czas na przeróżne pająki, ćmy, cudowne motyle, żuki, karaczany, mrówki kongi, skolopendry, różne gąsiennicowate – jest ich mnogość i spotyka się je codziennie. Trzy razy widziałam włochate pająki, w tym raz była to martwa tarantula, a za drugim razem pająk był w kawałkach, w zasadzie zostały same porozrzucane nóżki – znak, że Lassi spałaszowała odwłok. Skaczące pająki, którymi tak bardzo ekscytowałam się przed wyjazdem, spotkałam kilka razy – okazały się niepozornymi, niezwykle szybkimi stworzeniami. W każdym razie rozczarowałam się, bo były małe i szarawe, daleko im do kolorowej kreatury, której zdjęcie pokazywałam wszystkim znajomym przed wyjazdem. Może gdzieś istnieją też ich dużo więksi bracia, nie wiem jednak, nie spotkałam.

Całe to owadzie życie jest dla nas przede wszystkim źródłem udręki i złorzeczeń. Niemniej, wszystkie te maluczkie tu mieszkają, ty zaś jesteś tylko gościem, jesteś tu na chwilę, przejściowo. One były i będą, twoja obecność nic tu nie zmieni.
Gdyby się zresztą zastanowić – gdzie indziej na świecie, do licha, miałyby żyć wszystkie te stworzenia, jeśli nie w tym najbujniejszym z buszy, gdzie nadal, jak się wydaje, człowiek wcale nie jest panem stworzenia? Zaadaptował się, owszem, nauczył się które rośliny są jadalne, które mają działanie dobroczynne dla zdrowia, a które wywołują halucynacje; jakie zwierzęta są niebezpieczne, a jakie neutralne dla człowieka. Ludzie nauczyli się żyć w dżungli, jednak koegzystencja z nią jest kwestią wyjątkowo dynamiczną, wymaga od człowieka najpierw dogłębnego poznania, potem ciągłej ostrożności i codziennej wytrwałej pracy, w przeciwnym razie dżungla wdziera się na ludzkie terytorium i zawłaszcza je. To ona, ten żywioł roślinno – zwierzęcy tu rządzi, nie ludzie.

Oczywiście, jesteśmy trochę rozczarowani, że przez nasz miesiąc życia w dżungli z całej tej przebogatej fauny spotkaliśmy tylko insekty, owady, pajęczaki i ropuchy. Nie jest to jednak kwestia przypadku.
Wystarczyłoby zejść 50 metrów w dół od lodge (nie ma nawet płota) albo przejść na drugą stronę szosy i pójść w górę – już jesteś w gąszczu. Niemniej bez miejscowego przewodnika nawet taki wypad za płot to czysta głupota – życie tam tętni przed tobą i za tobą, po lewej i po prawej stronie, pod twoimi nogami i nad twoją głową, i nie masz pojęcia, które z napotkanych zwierząt jest neutralne, a które niebezpieczne. Tych najgroźniejszych często wcale się nie zauważa. Dunka Marel opowiedziała mi o spacerze po dżungli z przewodnikiem, podczas którego na ścieżce spotkali niedużego czarnego węża, szalenie toksycznego. Wąż ich nie zauważył. Musieli się cofnąć i ominąć go szerokim łukiem. Ona go w ogóle nie dostrzegła.

Jest jeszcze inna dodająca smaku kwestia, mianowicie czasu na antidotum po ukąszeniu jest mało. W Ahuano w ogóle nie ma opcji. Wyprawa do Tena to w najlepszym wypadku godzina. Dunka opowiedziała historię człowieka, który po ukąszeniu węża zdążył dotrzeć na czas do szpitala, nie mieli jednak antidotum. Po kalkulacjach, podróż samolotem okazała się zbyt kosztowna, i … amputowano mu nogę, w którą został ukąszony.
Zastanawiam się, czy w podobny sposób stracił swoje kończyny mężczyzna, który przemieszczał się deskorolką po dworcu autobusowym..

I jeszcze jedna ciekawostka – ponoć gdy nie ma czasu na przyjęcie antidotum, jest na to „domowy” sposób – należy najpierw wyssać jad, a następnie przeciąć po prostu jakiś podłączony do kontaktu kabel, i porazić się prądem. I już nie trzeba się spieszyć do szpitala. 

Sposoby na moski

Wszystkie sposoby ochrony przed moscos są toksyczne. Detan, najpopularniejszy w tych stronach repelent, w swoich ingrediencjach ma tylko jeden składnik, o budzącym grozę symbolu N-N Dietil -3-Metylbenzamida 20%. Tyle. Z tego, co się orientuję, spraye przeciw komarom w Polsce to najczęściej kompozycje olejków eterycznych: lawendy, eukaliptusa, wanilii. Tu – czysta chemia, toksyczna nie tylko dla moskitów, ale też dla ludzkiej skóry. Skóra staje się cienka, podatna na poparzenia i zranienia. W dłuższej perspektywie trudno oszacować, czy lepiej dla zdrowia jest używać repelentu, czy go nie używać.

Co dopiero inne rozwiązanie, o którym słyszeliśmy. Można tu pono zakupić taką „bombę”, która rozpyla w powietrzu substancję sprawiającą, że przez jakiś miesiąc czasu moskitów i meszek po prostu nie będzie. Był taki plan dla lodge na najazd turystów, jednak nie został urzeczywistniony. I dobrze, myślę. Nie wyobrażam sobie bowiem, jakie szkody taka silna substancja chemiczna mogłaby wyrządzić dla ludzkiego zdrowia. Ciekawe, co ucierpiałoby najbardziej. Skóra? Płuca? Jakieś inne narządy wewnętrzne? Pewnie skutki mogłoby być widoczne dopiero po paru latach, i nigdy nie udałoby się skojarzyć problemu z „bombą”, która sprawiła, że kawałeczek dżungli przez krótką chwilę był wolny od moskitów.
Obawiam się, że „przestrzeń wolna od moskitów” w ofercie niektórych hoteli dżunglowych to może być poważna zagwozdka dla zdrowia.






sobota, 26 kwietnia 2014

No to 10 $ czy nie 10 $?



Przy wejściu do lodge i po drugiej stronie rzeki wisiały szyldy sprzed dwóch lat, reklamujące ten przybytek. Kłopot w tym, że była na nich stara cena za nocleg (10 $ za osobę) i przybysze dziwili się, gdy słyszeli, że teraz jest 25 $ za osobę. Spora inflacja, swoją drogą. Natomiast goście, którzy zrobili wcześniejszą rezerwację, dziwili się, że płacą 25 $, bo przecież szyld…

W czwartek przyszedł majster, żeby wymienić szyldy. Miał ze sobą wspomniane szyldy (najwyraźniej złożone zaraz po druku na ploterze, więc otwierając zdarł trochę farby), wiertarkę, nity i śruby, klej, nóż do cięcia tapet oraz specjalne zaciski do naciągania szyldu na ramę. Nie miał natomiast drabiny i pomocnika. Jedno i drugie znalazł tutaj, choć drabinę nieco za niską.

Zabrał się do roboty, przesuwając sobie chyboczący się podest (też znaleziony na miejscu) i stawiając na nim też dosyć zdezelowaną drabinę. Żeby ułatwić sobie ekwilibrystykę na ramie, wyciął sobie nożykiem otwory na stopki w poprzednim szyldzie. O takie:


Chwilę później też z nich korzystałem. Ktoś musiał trzymać szyld po drugiej stronie, podczas gdy gość wdrapywał się na rusztowanie, żeby umocować go, wkręcając nity w ramę. Gdzie nie sięgał z wiertarką, sięgał z klejem marki Africanero. Ja trzymałem puszkę, a on zanurzał w niej łapę i nanosił. Domyślam się, że polepion dłoń nie pomagała mu w wygibasach na wysokości.
Ale kulminacyjny punkt program miał dopiero nadejść. Chciał przynajmniej po jednej stronie wwiercić od góry porządnie kilka nitów. Najpierw próbował stanąć na zatopionej w murze, sterczącej z muru rurce elastycznej. Okazała się zbyt elastyczna. Tak więc powiedział, żebym podał mu drabinę na górę. Postawił ją na wąskim murze i ostrożnie wdrapał się na nią. Wyglądało to tak.


Na tej małej przestrzeni miałem się jeszcze zmieścić ja – powiernik kleju Africanero. Bez kitu myślałem, że się stamtąd starabani, pociągnie mnie za sobą i obaj skończymy na wózkach. Ale przeżyłem, by to spisać
Z drugim szyldem poszło gładko, bo był na lekkiej, zdejmowanej ramie.

Po naszej wizycie na bombie podzieliłem się z Gregoriem moimi refleksjami o tutejszym wyluzie w związku z bhp. Powiedział, że gdy jakiś robotnik tu spadnie z wysokości i się zabije, to nie ma wielkiego halo. Na szczęście to nieźli cyrkowce. Nic dziwnego, że mówią im per maestro.

(ano)

czwartek, 24 kwietnia 2014

Kraina liliputów



W Ekwadorze Weronka, po raz pierwszy w życiu, jest wysoką kobietą. Ja dotychczas spotkałem tylko jednego autochtona wyższego ode mnie. To inginiero Juan David z Quito. Ale to chyba jakiś mutant, bo ma numer buta 47. W tym kraju oznacza to konieczność sprowadzania obuwia z zagranicy. Ci szersi w barach Ekwadorczycy wyglądają trochę jak tolkienowskie krasnoludy po wizycie u pedantycznego golibrody.

Wolontariuszka Natalia (pozdrawiamy) i Inginiero - być może najwyższy Ekwadorczyk

Jedna z teorii mówi, że to kwestia diety węglowodanowej. Głównymi zapychaczami są tu ryż, platany, banany i yucca. Wszystko węglowodany. To stanowi tu zawsze przeważającą część śniadania, obiadu i kolacji. Białka z mięs, ryb i jaj są zawsze tylko dodatkiem.
Gdy na początku, wspólnie z Maricellą, przygotowywałem posiłki dla tutejszych robotników, zaskoczyło mnie jak małe porcje mięsa im nakłada. Przecież naginają fizycznie cały dzień. Za to zawsze dostawali kopiec ryżu i zawsze znikał z talerzy. Warzyw też dostawali tyle, że w Indiach sypią więcej przypraw. Podobno to właśnie stulecia biedy białkowej sprawiły, że Ekwadorczycy są tacy skurczeni.

Drugą teorię sprzedał Weronce Gregorio. Jest ona raczej z tych spiskowych. Zauważyliśmy już skłonności szefa do gawędy i bajdurzenia. Ale oceńcie sami.

Podobno niski wzrost Ekwadorczyków to wina działających z premedytacją jezuitów. Konkwistadorzy mieli taki patent, że pierwsze, co budowali w nowo założonej osadzie to kościół (lub od razu katedra, jeśli z założenia miało być to miasto, a co!). Często budowali go w miejscu zrównanej z ziemią świątyni Inków lub innych „pogan” – taka stara szkoła indoktrynacji religijnej. Każdej grabieżczo-morderczo-ciemiężycielskiej wyprawie towarzyszyli nawracający „pogan” ojczulkowie. Domyślam się, że mieli wyjątkową skuteczność. Wszak przyjęcie chrześcijaństwa było często jedyną szansą, żeby ocalić życie i jako tako zmniejszyć represje okupanta.
Ale wracając do teorii. Jezuici mieli wymyślić sobie długofalowy plan, żeby skurczyć lud ekwadorski. Motywacją miała być chyba lepsza skuteczność ewangelizacji. Coś w rodzaju: „Przybywają do nas, maluczkich, wielcy guliwerowie, i mówią, kto i gdzie prawdziwy Bóg, i skąd to wiedzą. Są duzi i dostojnie ubrani, a my tu ledwo siurdaki chowamy”. Taka kwestia psychologiczna.
I jak niby mieli to uzyskać? Otóż odpowiednio mieszając różne plemiona, aby na koniec cały lud tej ziemi był niski wzrostem i zakompleksiony.
Jak pisałem, sami oceńcie prawdopodobieństwo tej teorii. Mnie w każdym razie ubawiła.

Dobre warunki dla fotografów strzelających z biodra
(ano)

Patroszenie fauny


Maricella nie pyta nas tu, co potrafimy, a co jest nam obce. Chyba nie kuma, jak egzotyczne są dla nas zajęcia, które dla nas wyszukuje. Jeśli już raczy poinstruować nas, jak co robić, zrobi to szybko, a potem, na życzenie, powtórzy słowo w słowo w podobnym tempie. Nie dociera do niej, że hiszpański nadal jest dla nas językiem dosyć obcym. Mamy czasem wrażenie, że dla niej również.

Jakiś czas temu, przy okazji najazdu pary turystów, przybył zapas około 30 tilapii. Trzeba je wypatroszyć. Wprawdzie Weronka jada ryby, ale ich rozpruwanie mogłoby sprawić, że by przestała. Skąd by tu wtedy bidulka brała jakieś białko. Więc od patroszenia jestem ja.
Drugiego dnia pobytu współwolontariuszka Natalia pokazała mi, jak to się robi. Rozpruwa się rybę od dziurki w tyłku do ości łączącej przednie płetwy, wybebesza flaki do garka (z których potem gotuje się zupę dla psiny Lassi), wyrywa skrzela spod polików (podobno przyrządzona z nimi ryba jest gorzka), zeskrobuje łuski, po czym płucze wewnątrz i na zewnątrz. Gotowe.
Dopiero niedawno dowiedziałem się jeszcze, że podczas rozcinania trzeba uważać, żeby nie przebić takiego pęcherza, z którego wycieka zielona maź. Ma ona sprawiać, że ryba jest bardziej gorzka. Dobrze wiedzieć na przyszłość.
W każdym razie patroszenie 30 tilapii to dla żółtodzioba ze dwie godziny roboty. Po oporządzeniu kilku przestajesz w końcu kaleczyć palce o ostre płetwy. Po oporządzeniu 20 znów zaczynasz, bo chcesz jak najszybciej skończyć już tę robotę. Dobrze, że przynajmniej są smaczne, psiekrwie.

Zostaw skrzela me, łotrze!

piju-myju

Fish not dead!


Nie rób ryby, Putin! (-> sprawdź link, pozdro Jahdeck i Skorup)

(ano)


środa, 23 kwietnia 2014

Sol tej ziemi


Myśleliśmy, że przyjeżdżamy do ekwadorskiej dżungli w porę deszczową. Okazuje się, że dopiero nadejdzie. Niełatwo dowiedzieć się, kiedy. Zapytany, Gregorio pyta córki, Natalii. Ona mówi, że w czerwcu, a nie, w lipcu. Maricella natomiast twierdzi, że już w maju. Mamy więc ogólne rozeznanie, że wkrótce. Stosunkowo.

Mamy więc (chyba) porę suchą. W miarę. Wszak to skraj największych lasów deszczowych świata. Teraz pada tu częściej, niż rzadziej. Codziennie z jeden wielki lub niewielki deszcz. Nocą często ulewa. Słoneczne dni są rzadkością. To dobrze, bo duchota bywa wówczas nieznośna. Deszcz to ulga.

Jak to na wsi, rytm i rodzaj prac dyktuje pogoda. Słoneczny poranek z nadzieją na słoneczne popołudnie to, na przykład, szansa na zrobienie skutecznego prania. Pierzemy tu ręcznie. Nasze współwolontariuszki oddały raz swoje ciuchy do prania Maricelli, w ich pralce. Mówią, że zalatywały potem grzybem. Myślę, że nowa pralka może tu zacząć roztaczać woń grzybiczną już po kilku miesiącach. Pierze w zimnej wodzie, więc trudno się dziwić. W każdym razie ciuchy wyprane i wywieszone na słońcu wyschną w kilka godzin. W deszczowy czy pochmurny dzień nie ma co próbować. Wywieszone w cieniu, grubsze rzeczy po dobie nadal są mokre.

Innym zajęciem w piękny, słoneczny dzień jest rozpalenie ogniska. Mamy próbować jako tako uprzątać teren ze śmieci, suchych liści i gałęzi, choć tutaj to motyka na słońce. Coś z tym trzeba robić. Szef mówi, żeby palić. O pożar dżungli nie trzeba się martwić. Nawet w słoneczny dzień potrzeba chwili aby rozpalić ognisko. Jeśli jakimś cudem cały następny dzień też jest słoneczny, ognisko nadal się tli. Ale zwykle po kilku(nastu) godzinach spada deszcz i co nie spłonęło, to już nie spłonie.
Dorzucanie puszczy do ognia to okropna robota. Flora broni się jak umie. A najlepiej umie kolcami. Najgorsze są palmy z podobnymi do kokosów, nieco od nich większymi owocami. Podobno świetnie leczą grzyba. Przepołowiłem jeden owoc maczetą. Śmierdział chemicznym zboczeńcem. W każdym razie pień tej palmy ma okropnie twarde i ostre kolce. Ale nie tylko pień – łodygi liści również.


Do spalenia jest tu sporo takich opadów, więc pokłułem się już kilkanaście razy. Pracuje w rękawicach, ale dla tych kolców to żadna przeszkoda. Poza tym skwar słonecznego dnia plus praca przy ognisku to istna sauna i solarium w jednym.

Ale za to potem można zająć się trzecią pracą w sam raz na słoneczny dzień – odkurzaniem dna basenu. Trzeba do tego zejść do jaskini nietoperzy pod basenem i przekręcić zawory, uruchomić maszynerię ssąco-tłoczącą, zanurkować w rurą odkurzacza do odpływu, pomachać nią, żeby napełniła się wodą i do dzieła. Aha, jeszcze nie zapomnieć czapki i dobrze posmarować ramiona filtrem, bo bez tego godzina odkurzania w słońcu to tutaj pewne oparzenia.

(ano)