Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hosteria. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hosteria. Pokaż wszystkie posty

sobota, 13 grudnia 2014

Laika - ostatnie pożegnanie

Łajka była pierwszym psem w kosmosie. Niestety nie dało jej to sławy, którą mogłaby się cieszyć za życia, bo nigdy nie wróciła ze swojej misji samobójczej.

Laika była najstarszym psem w hosterii. Staruszka miała prawie 17 lat. W swoim życiu szczenięta wiła ośmiokrotnie, za każdym razem po 10 małych... Albo dziesięciokrotnie po osiem? W każdym razie jedno z dwóch, jak twierdzi menago Raik.
Laika jest królową i wielką matroną psiego narodu Vilcabamby... Albo wielką ladacznicą, zależnie od interpretacji. Odwiedzając tych i owych w Vilcabambie, poznaliśmy dwoje jej potomków – dzieci lub wnuków. Czy widzieliśmy więcej, nie wiedząc, że to jej? Nie sposób stwierdzić.

jedno z jej dzieci lub wnucząt mieszka wśród wielorasowej gromadki psów u szamanki wachumy Felicii...

...drugie u Meredith - tu podczas wieczoru muzycznego w Monte Sueños 

Gdy opuszczaliśmy Vilcabambę na rzecz Kolumbii, babcia Laika miała się nieźle, czasem nawet skora do zabawy, mimo pewnej sztywności kończyn. Gdy wróciliśmy, a była to niedziela, dowiedzieliśmy się, że dopiero co w piątek zeszła. Zakopano ją obok studia jogi, pod otoczoną białymi kamykami sadzonką drzewa.


Do zobaczenia w kosmosie, Laika.

(ano)

piątek, 11 lipca 2014

La vida normal, czyli nasza codzienność

Nasza codzienność w Vilcabambie jest niezwykle spokojna. Nadal lubimy długo spać, ale zawsze budzimy się przed dziesiątą, żeby zdążyć na śniadanie. Na śniadanie jemy sałatki owocowe, granolę z jogurtem i kanapki z dżemem. Nauczyliśmy się tu jeść obfite śniadania, jeść spokojnie i powoli, rozsmakowując się w nich – jest to zdrowe, daje dużo energii, i potem organizm nie potrzebuje już wielkich posiłków, których nie zdąży strawić do nocy.
Potem Ano ma zwykle jakąś pracę online, zarabia anioł na nasze przyszłe podróże; ja nadal uczę się hiszpańskiego, coraz bardziej efektywnie. Ostatnio czytam baśnie po hiszpańsku, przez co poznaję wiele uroczych i zarazem nieprzydatnych słów i sformułowań, jak np. abuelita tiene un vestido de una seda tan tupida, que cruje cuando anda, tj. w wolnym tłumaczeniu: babunia ma sukienkę z jedwabiu tak gęstego, że trzeszczy, gdy się porusza. 
To więcej frajdy niż uczyć się z podręczników, czy tylko z pełnych kolokwializmów i uproszczeń rozmów. No i składnia jest super poprawna.

Sporo też czytamy.. nie tylko Huxleya:)

Jak jest ładna pogoda, można popływać w basenie i się poopalać. Albo pobujać się na hamaku w cieniu, co kto woli. Ano zwykle woli hamak i przez to nadal tu i tam jest blady jak mleko, mimo że mieszka na równiku. Ja lubię uczcić słońce od czasu do czasu.

O czwartej mamy jogę, dwa razy w tygodniu na hamakach, w pozostałe dni.. chciałabym powiedzieć klasyczną, ale nie jest ona klasyczna. Południowoamerykańska odmiana jogi bywa trochę zbliżona do aerobiku. Nie wykonuje się wielu super asan, od tysięcy lat przynoszących wymierne korzyści dla ciała, za to dużo jakichś kombinowanych sekwencji, w których jedna pozycja dość szybko przechodzi w kolejną, w związku z czym człowiek nie ma czasu ugruntować się w jednej asanie, ustawić prawidłowo ciała, poczuć pracy poszczególnych grup mięśni. Stąd w końcu mam motywację, by ćwiczyć samodzielnie. Strasznie fajnie jest ćwiczyć samemu, gdy ma się już pewną wiedzę na temat jogi i na temat własnego ciała. Wiesz dokładnie, w jaki sposób wykonywać poszczególne asany, by przynosiły optymalne korzyści, oraz co się z czym je, czyli jak konstruować sekwencje asan; wiesz, czego twoje ciało najbardziej potrzebuje, gdzie jest bardzo sprawne, a gdzie najsłabsze i potrzebuje wzmocnienia. I umiesz mu to dawać.

Potem ja sprzątam bar, a Ano przygotowuje jedzenie. Pięknie rozwinął tu swój zmysł kulinarny. Jest mistrzem pizzy, lazanii, i innych dań makaronowych. Tutejsza kuchnia ma niebagatelne plusy – jest duża, dobrze zaopatrzona, i w zasadzie wszystko jest przygotowane bezpośrednio do użycia – warzywa pokrojone, makaron i ryż ugotowane, sosy przygotowane, ciasto ugniecione, itp. Zatem sztuką jest tu tylko odpowiednia kompozycja składników na danie i wrzucenie ich do garnka, pieca bądź na patelnię. Jednak jest też jeden duży minus – kuchnia jest pełna rozwrzeszczanych kucharek. I to absolutnie zawsze. Są wszędzie, ciągle plotkują, zaśmiewają się, i patrzą ci na ręce, gdy coś przygotowujesz. Patrzą sceptycznie, mówiąc oględnie. Ja czuje się tam na tyle nieswojo, że się poddałam i większość jedzenia przygotowuje Bartek, który w większym stopniu ma na to wyjebane.

O siódmej otwieramy bar. Przez kilka pierwszych tygodni uwielbialiśmy tę pracę, poznawaliśmy dużo mega ciekawych osób, i było naprawdę interesująco. Niestety, człowiek to zwierzę nużące się. Wszystko może się przejeść. Ostatnio na horyzoncie z rzadka pojawiają się sympatyczne osoby, z którymi coś zaiskrzy i od pierwszego zdania ma się ochotę spędzić całą noc na rozmowie... Częściej przy barze zasiadają znudzone pary bądź większe grupy ludzkie w różnym wieku (od nastolatków do emerytów; wszyscy potrafią być nudziarzami), i oczekują, że będziemy ich zabawiać konwersacją, entuzjastycznie opowiadać o sobie, oraz z szeroko otwartymi oczyma wysłuchiwać ich historii. Generalnie bardzo lubię ludzi, ale ile można? Na szczęście ostatnio przez hosterię przewija się niewielu turystów, więc udaje się zaoszczędzić trochę cierpliwości, świeżych opowieści i zainteresowania innymi na przyszłość. W końcu kto wie, kogo jeszcze poznamy.

(w)


Nieve, czyli snieg. Żarłoczna labradorka. Krąży opowieść, że udało jej się kiedyś
zakraść do kuchni i zjeść na raz 20 porcji kurczaka

Amy, siostra Nieve. Dziewczyny stanowią miejscową reprezentację yin i yang

Panchita


! Skaczący pająk! Ten jest maleńki,ale można rozpoznać
wizualne cechy charakterystyczne.


Tutejsza flora, ochrzczona przez Mazena UFO flowers. Płatki tych kwiatków są pono halucynogenne;
można je palić w lufce.

Oto osioł, który często pasie się na cmentarzu


Prawie wszyscy jeżdżą tu datsunami. W tle Mandango, magiczna góra Vilcabamby.
To nad nią często można zaobserwować UFO.

Tęcza vilcabambska. Takie widoki co najmniej raz na tydzień
.

wtorek, 8 lipca 2014

Buddocepcja

...czyli Buddowie z głową Buddy. Pozdrawiamy Pawła W. Dzięki za ten kamyk podróżny.




(ano)

sobota, 21 czerwca 2014

Studio jogi

O tym, że joga jest dobrodziejstwem dla ciała i ducha, wiedzieliśmy od dawna. Dzięki regularnej praktyce w Lublinie nieźle się rozciągnęliśmy, poprawiła się nasza jakość oddychania i doznaliśmy wielu super przyjemnych chwil, szczególnie dzięki asanom energetyzującym, czyli pozycjom odwróconym i otwierającym klatkę piersiową. Nie chcieliśmy zaprzestawać praktyki w podróży i kupiliśmy sobie matę.
Niestety, w dżungli mata służyła nam wyłącznie za coś a la stolik – wystawkę naszych gratów.
Jedną z największych motywacji do zostania w Izhcaylumie były dla nas codzienne darmowe zajęcia jogi. Zajęcia odbywały się w barze, z widokiem na góry w oddali. Mieliśmy ogromnie zaangażowaną i zarazem subtelną nauczycielkę z Limy, Gabrielę. Było świetnie.
Dwa tygodnie temu nareszcie otworzono studio jogi Izhcaylumy, oddalone o kilka minut spaceru od hosterii, idąc w stronę pobliskich wzgórz.
Miejsce jest obłędnie piękne. Rozmawiałam z ludźmi, którzy ćwiczyli jogę w najróżniejszych zakątkach świata – nad oceanem, głęboko w górach, w różnych sielskich ośrodkach. Zgodnie twierdzą, że nasze studio jogi rządzi.
a
Cieszymy się nim codziennie.

Co więcej, 2 razy w tygodniu odbywają się zajęcia aerial yogi, czyli jogi antygrawitacyjnej. No i to jest dopiero wooow, moi drodzy. Wykorzystanie specjalnych hamaków podwieszonych na suficie pozwala na niewyobrażalne wcześniej rozciągnięcie kręgosłupa. Co jeszcze lepsze, większość asan przypomina bujanie się na trapezie cyrkowym.

Zajęcia mamy o 16stej, światło jest zwykle nieziemskie. Zresztą popatrzcie.

(w)










piątek, 30 maja 2014

Wonsz

W końcu jakiś gad. I to nie gdzieś tam w głębi w dżungli, tylko obok restauracji. Ktoś zauważył na krzaku zwiniętego w kłębek, śpiącego węża. Ja dowiedziałem się o nim, bo kwoki-kuchary po kolei podchodziły do krzaka, po czym uciekały z piskiem i machaniem łapami. Podszedłem więc zrobić mu sesję zdjęciową. Menago hosterii Raik powiedział, żeby uważać i nie budzić go, bo jest jadowity. I to nie byle jak jadowity – rzekomo po ukąszeniu ma się 20 minut na przyjęcie surowicy albo kaput.


W każdym razie w okolicy kręcą się dzieci, psy, więc szefowie wydali wyrok śmierci na gada. Wykonał go jeden z tutejszych robotników od wszystkiego, od ogrodnictwa, przez wykończeniówkę i naprawę piecyków gazowych, po tępienie węży. Jednym sprawnym cięciem maczety przepołowił gada.


W końcu widziałem na własne oczy zjawisko działania zdecentralizowanego układu nerwowego. Obie połowy węża nadal się wiły, a co jakiś czas gadzina pokazywała język.
Wąż był mały – najwyżej 40 cm długości. Egzekutor wybebeszył też z niego jaja. Widać wężyca, niedoszła mama.


Po chwili kwoki z kuchni przyniosły alkohol, w którym maczają patyk, żeby rozpalać palniki. Szefowa kuchar stwierdziła, że gada trzeba spalić, bo kły nadal stanowią zagrożenie. Zrobili więc ognisko z węża, a ja zastanawiałem się nad trucizną. Zapewne taki potężny jad z gruczołów kłowych byłby cenną zdobyczą dla jakiegoś znachora. Wszak większość trucizn to stężone lekarstwa.


(ano)

niedziela, 11 maja 2014

Najwyższy poziom kontroli

Możemy spokojnie powiedzieć, że przejęliśmy kontrolę nad barem. Nasz niemiecki menedżer Raik od początku obdarzył nas swobodą działania i zaufaniem. I jest to chyba najlepszy pomysł. Tak więc poza fizycznymi ograniczeniami zasobów w barze, nie ogranicza nas zbyt wiele.

Po pierwsze, sami robimy selekcję muzy. Jako osoby nieobojętne wobec tła dźwiękowego, a do tego dosyć eklektyczne w upodobaniach, cieszy nas to szczególnie. W zeszły piątek selekcją zajęła się Weronka i z pięć osób wyraziło swoje uznanie. To miło. Podobnie w sobotę, kiedy to urządziliśmy naszą najlepszą dotychczasowa bibę w Ekwadorze. Zdaje się, że część gości podziela to zdanie. Z żalem wyprosiłem ostatnich dwóch niedobitków (Nikiego i Johna) o 4:30. Niemal co dzień ktoś z naszej entuzjastycznej klienteli interesuje się czymś, co puszczamy. Tak więc wprawdzie oferujemy potencjalnie niezdrowe substancje, ale uspokajamy sumienie, prowadząc działalnością poniekąd edukacyjną.

A czasem unplugged. Na zdj. Kaluka - kiedyś za barem, dziś na recepcji, a potem przed barem.


Po drugie, możemy pić w pracy. Z jednej strony pomysł ryzykowny dla osób nieodpowiedzialnych, ale myślę, że uda nam się nie rozpić. Bez obaw, mamo. Zresztą od lat jestem pracującym w domu tłumaczem freelancerem, więc żadna to dla mnie nowość. Natomiast otwiera nam to pole do popisu w kwestii udoskonalania drinków i koktajli. Przy okazji sobotniej imprezy wymyśliłem dwa nowe. Recepturę podam w innym wpisie.



Po trzecie, to my decydujemy, kiedy zamykamy. Mamy bardzo swobodny kontakt z zazwyczaj zrelaksowanymi i entuzjastycznymi gośćmi, więc chyba jest to najlepsza opcja. Gdy kończy nam się energia, nie musimy powoływać się na konkretne godziny otwarcia czy politykę firmy. Zwyczajnie ogłaszamy ostatnie zamówienie, bo czas na nas, licząc na empatię. Działa.

Po czwarte, jest nas dwoje, a spokojnie wystarczy jedna osoba, by ogarnąć temat. Wczoraj na przykład spędziłem większość czasu przed barem, tłumacząc doku reality o gościu szukającym kawy w Nepalu. Podczas pracy sporo czytamy, huśtamy się w hamakach, kąpiemy się i takie tam.

Nocne zmiany bywają męczące, ale to ciekawa praca. Wędrowcy to chyba najlepsza klientela, jaką może mieć barman. Wpadają tu głównie europejczycy. Jak to ludzie w podróży po dalekich krainach, tryskają sporym entuzjazmem. Dobrze się z nimi rozmawia. Jedni wpadają jak po ogień, inni zostają na tydzień. Nikiego, o którym jeszcze napiszę, przetrzymujemy tu potęgą dobrego klimatu od poniedziałku, kiedy to planował ruszać dalej. Mamy też stałego bywalca – sąsiada hosterii Johna. O nim również na pewno napiszemy. Jest to także ciekawe doświadczenie lingwistyczne. Posługuję się tu czterema językami. Z Weronką po polsku, z większością po angielsku, czasem wcinam się w rozmowy po niemiecku, a sporadycznie pojawi się też ktoś bardziej miejscowy, gadający po ekwadorsku. Zdaję się, że dotychczas miałem kłopoty ze zrozumieniem tylko niektórych rozmów po hiszpańsku oraz tych kilku rozmów po tyrolsku.

Nasza pierwsza sobota/niedziela na służbie. Tańce i próby doświetlenia kadru ok. godz. 4. Od lewej Niki, Weronka i John.

(ano)

poniedziałek, 5 maja 2014

Nie widzę problemu, czyli o przystosowywaniu się do braków. I o zmianach na lepsze.

Takie zagadnienia, jak brak wody (zimnej, bo ciepła to zbędny luksus w klimacie równikowym), bezustanna wilgoć, rozprzestrzeniający się grzyb czy wszechobecne owady dla Ekwadorczyków nie stanowią problemu. W ogóle nie ma kwestii. Taki jest rytm tego miejsca, tak było i będzie.
Dla nas, przybyszów z dość sterylnej Europy, kwestia jest, ale w sumie szybko okazuje się, że nie ma problemu. Łatwo można się przystosować, przyswoić logikę, według której żaden brak nie jest dramatyczny ani dotkliwy. Nie ma co walczyć z wiatrakami.

Nie jest to żadne odkrycie, że gdy nie ma wody, korzysta się z deszczówki. Deszczówka to błogosławieństwo – do mycia rąk, mycia owoców i warzyw przed jedzeniem, mycia naczyń, prania (do prania to akurat zawsze tylko deszczówka), do spuszczania wody w toalecie.

Zdarzyło się raz, że zjawili się turyści, a nie było wody. Nie było też kucharki, bo Marisela pojechała na zakupy do Tena. Turyści najpierw zapytali o jedzenie. To mówię im, że kucharz pojechał po świeże rybki i warzywa i wróci za godzinę, jedzenie będzie więc za około 2 godziny. Mówią, że w porządku. Mija półtorej godziny, Mariceli nie ma. Dzwonimy. Okazuje się, że jeszcze nie wyruszyła z Teny. Tłumaczymy sytuację gościom. Oni trochę wnerwieni. Widzą na barze przegniłego banana, którego przyniosłam dla Bartka. Pytają, czy mogliby dostać po bananie. My w lekkiej konsternacji, bo w lodówce zostały tylko trzy zczerniałe bananki i jakaś podstarzała papaja. Ale nic, mówię, że zrobię im sałatkę owocową. Ręce i owoce myję w deszczówce. Finalnie sałatka wychodzi nawet nawet, znalazłam dodatkowo jakieś zapomniane jabłko. Jeszcze bez zmarszczek na skórce.
Brak wody to również problem toaletowy – nie ma jak spłukać wody, co w sytuacji, gdy przyjdą goście, jest naprawdę słabe. Napełniamy więc kilkulitrowe butle deszczówką i umieszczamy w toaletach. Na koniec trochę kręcą nosem, ale i tak zostawiają nam napiwek. Zostawiają coś jeszcze - pełną pieluszkę pod jednym ze stołów. No tak, przecież nie ma śmietnika.

Gdy nie ma papieru toaletowego, Marisela poleca liście platanowca.

Każdego dnia watahy różnych owadów krążą po pokojach. Najpierw zabijasz je z obrzydzeniem, potem już beznamiętnie. Dochodzi do tego, że podłoga usłana jest trupkami os, mrówek i pająków. Żyjesz wśród nic i jest Ci smutno z powodu tylu niepotrzebnych śmierci, i w końcu starasz się raczej wyprowadzać owady za drzwi, niż wysyłać je na tamten świat.

Nie ma też sensu walczyć z wszechobecnym grzybem, przypominającym kryształki szronu. Usuwasz go, a następnego dnia znów się pojawia. Aż się chce podziwiać jego nieustępliwość, w wyniku której tynki próchnieją, a następnie są odpychane od ściany przez rozrastające się grzybie macki.

Mój telefon nie działa, odkąd przylecieliśmy do Ekwadoru – na lotnisku w Panamie funkcjonował jeszcze normalnie, a na lotnisku w Quito pojawił się czerwony krzyżyk w miejscu, gdzie powinien być zasięg, i tak jest do tej pory. Telefon wrócił zatem do pierwotniejszej funkcji - zegarka i budzika.
Z kolei telefon Bartka działa krótko (smartfon, więc w sumie nic dziwnego), ale gdy się rozładuje, to pozostaje w tym stanie na jakiś tydzień. Po jakimś tygodniu znienacka się włączył i to była radość – można zagrać w grę czy napisać esemesa. Potem znów padł. Wyszło na to, że trzeba nauczyć się korzystać z niego w nowy sposób. Bartek wpadł na pomysł, by nie doprowadzać do rozładowania. Pełen sukces. Od tamtej chwili mamy jeden działający telefon.

W zeszłym tygodniu mój laptop przestał działać, prawdopodobnie wskutek wilgoci. Taka sytuacja, jak się okazało, też ma pozytywy – więcej się czyta, więc jest więcej inspiracji; gdy coś wpadnie do głowy, robi się odręczne notatki, jest więcej czasu, by poukładać sobie w głowie kłębowisko refleksji, zamiast pisać na gorąco.
Dość późno przychodzi nam do głowy pomysł stary jak świat. Ryż! Doskonale pochłania wilgoć. Nie bez powodu do solniczek wsypuje się kilka ziarenek ryżu. Poczułam się jak odkrywca. Pewnie dlatego (i oczywiście również dlatego, że jest tani) jest najpopularniejszym pokarmem w wilgotnym klimacie równikowym!
Zatem na folię wysypałam górkę ziaren ryżu, ugniotłam ją równo, i na tej górce zostawiłam na noc kompa. Wygląda na to, że pomogło. Fakt też, że następnego dnia spakowaliśmy manatki i opuściliśmy dżunglę.

Gdy nie czerpiesz radości z okoliczności, w jakich przebywasz – w naszym przypadku miks dżungli i pracy w lodge okazał się męczący – jest to wyborna okoliczność, by zastanowić się, co i gdzie mogłoby Ci sprawić przyjemność. Dobrze jest uczynić z tego cel podróży, ruszyć się i poszukać tego. Nie wiem czy to zawsze działa, nam się w każdym razie udało. I to jak! W tym samym czasie, gdy dostaliśmy posadę wolontariuszy w Vilcabambie, Pedro z Misahualli (ten, z którym płynęliśmy po małej lagunie; jest na zdjęciu w poście o małpach z Misahualli) wysłał nam wiadomość z propozycją wolontariatu u niego. Nie dość więc, że nie musieliśmy zostać w Ahuano, to nagle mieliśmy wybór spośród dwóch fantastycznych opcji – pracy przy obsłudze turystów na przepięknej lagunie Pedra i chilloutowej pracy w barze w rewelacyjnym ośrodku turystycznym Izhcayluma w Vilcabambie. Że nas zmęczyła natarczywa obecność moskitów, upały i wilgoć, zdecydowaliśmy się na Vilcabambę. Jesteśmy tu od paru dni i jest po prostu najlepiej. Wygląda to tak:

Tak wygląda najbliższa okolica. Panuje tu klimat ciepłej wiosny, przez cały rok. 

To nasz taras
Nasz pokój, chyba nawet większy niż w Lublinie

I wreszcie - nasze miejsce pracy
Wychodzi więc na to, że nie jest się więźniem okoliczności. Wszystko to kwestia otworzenia się na nowe perspektywy, nastawienia umysłu na szukanie harmonii między światem zewnętrznym i sobą. Da się.