Pokazywanie postów oznaczonych etykietą inne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą inne. Pokaż wszystkie posty

piątek, 10 lipca 2015

Tribu - Nie mój program

Tribu's on.



Music: Snellius (aka Senhor Efebo)
Lyrics / vocals: Szczeniak Światła (aka Anonim)
Vocals recorded by: Yuin Huzami in Sacred Valley Sounds, Peru
Mix: Loop Stealers
Mastering: Piotr Kala in Studio Bychawka and Loop Stealers
Premiere: 2015-06-19


// English below //

Tribu to pozytywne wibracje zaangażowanego hip-hopu z wpływami funku, afrobeatu, elektroniki... Tribu lubi pierwotne tematy, podejmując je zwykle w pogodnym tonie. Tribu chce służyć ciału, umysłowi i duszy wysokimi wibracjami i ciepłymi słowami, a oczyszczać je wibracjami niskimi i świadomym przekazem.
Tribu zakładamy jako duet MC (Szczeniak Światła aka Anonim) + producent/DJ (Snellius aka Senhor Efebo). Ale to dopiero zalążek. Plemię będzie rosło, dynamicznie się zmieniając.

Więcej wkrótce na Tribu fb.

//

EN

Tribu gives you positive vibrations of conscious hip-hop with influences of funk, afrobeat, electronic and medicine music... Tribu likes primal topics, serving them usually in a light tone. Tribu wants to soothe the body, the mind and the spirit with high vibrations and warm words, as well as clean them with low vibrations and conscious message.
Tribu starts as a duo MC (Szczeniak Światła // Pup of Light) + producer/DJ (Snellius aka Senhor Efebo). This is just the beginning. The tribe will grow and change dynamically.

More soon on Tribu fb.

czwartek, 19 lutego 2015

Osuwisko III: Anonim

Jakiś czas temu magazyn muzyczny Kilof zaproponował mi skompilowanie podcastu, słuchowiska, selekcji - jak zwał... Ma pojawić się w najbliższym numerze, wraz z pozostałymi Osuwiskami. Bardzo mi miło. Zapraszam do posłuchania.

-------------
Jest to selekcja numerów, które w większości osłupiły mnie od pierwszego przesłuchania, po czym przeszły próbę czasu. Nie ma tu przypadków.
Starałem się być nieoczywisty w kontekście tego, co sam tworzę. Przy okazji przemyciłem do selekcji 3 utwory z własnych, bardzo różnych projektów (Open Source, współpraca z Gigapremą, Haronim).
Metodę obrałem luźną. Jednak można powiedzieć, że pierwsza połowa jest bardziej elektro-akustyczna, po której wchodzą dźwięki bardziej elektroniczne i syntetyczne. Z grubsza.

Dzięki dla magazynu Kilof za zlecenie i motywację.
Dzięki dla Jarka i Barteza - moich ziomów z Open Source - bo jest w selekcji kilka groovów, które poznałem dzięki nim.

Miłego odsłuchu.
Anonim (aka Szczeniak Światła)
------------


niedziela, 11 stycznia 2015

Perishing by Chinaski

W lipcu zeszłego roku nasz przyjaciel Chinaski zadedykował nam swoją selekcję, o czym donosiłem w tym poście (nadal można jej posłuchać). Później wybrał kolejną selekcję, która jest jej kontynuacją. Miałem ją wrzucić, ale zapomniałem aż do teraz. Tak więc wrzucam. Polecam się nią naelektryzować w jakiś klimatyczny wieczór.

(ano)

niedziela, 7 grudnia 2014

Automaty, część 2


Bogota mnie nie zawiodła. Znalazłem dwa miejsca, w każdym po jednym automacie retro. Pierwszy olałem, bo zbyt drogo – 2000 pesos za grę (ponad 3 zł). Granda. Był to rasowy salon gier, który utrzymywał się z Guitar Hero i gier tanecznych (takich do skakania po mato-kontrolerach). Automat retro służył tam za kuriozum w kącie.

Drugie miejsce to szerzej zakrojona działalność. Prowadzone przez Francuzów A Seis Manos to restauracja (nietania, ale szama smaczna), bar, miejsce kultury (koncerty, spotkania, pokazy filmowe...) oraz sklepik z designerskimi ciuchami i biżuterią.



Dygresja.
Spragnieni koncertów, wpadliśmy tam na trybut dla Amy Winehouse. Cóż, syndrom odstawienny kultury wygania człowieka na takie wydarzenia, jakie akurat są.
Instrumentaliści byli całkiem nieźli, ale zagłuszał ich mega egzaltowany i nierzadko fałszujący wokalista, wywijający na scenie jak rasowa drag queen. Niby ostrzyżony na łyso, ale ruch odgarniania fryzu miał jak z broadwayowskiego musicalu.
Koniec dygresji.

Stoi tam też jeden mniejszy automat, imitujący stare retro koromysła. Cena za grę – 200 pesos (30-40 groszy). Działa na systemie RetrOS i posiada całkiem pokaźną kolekcję gier. Wśród nich takie perełki:

bardzo znana automatowa bijatyka oparta na komiksie, o którym nikt nie słyszał

chyba najstarsze znalezisko, w które dane mi było grać już w dzieciństwie

Mortal Kombat - klasyk z gatunku kontrowersyjnych gier zbrutalizowanych

Operation Wolf - w to grałem już na PC

automat z Punisherem rzadko stał na jałowym biegu

klasyk, symbol Nintendo i w sumie gier komputerowych w ogóle

Golden Axe - bijatyka fantasy, jeszcze zanim pojawiły się RPG z grafiką 

Od teraz chodzę po miastach w trybie czujnego zwiadowcy. Mam nadzieję, że w końcu znajdę gdzieś moją zdecydowaną legendę i sentymentalnego faworyta wśród gier na automaty...

SHINOBI

PS. Nieco dziwi mnie, że w lubelskim Pad Barze jeszcze nie stanął taki RetrOS (możecie przekazać sugestię).

(ano)

niedziela, 23 listopada 2014

Automaty, część 1

Sentymenty takie tam...
Z automatami arcade mam długą historię, sięgającą początku lat 90. w Łęcznej. Pierwszy „salon” stał sobie na parkingu. Była to stara przyczepa od ciągnika, jaką drzewiej przemieszczały się trupy cyrkowe. Wewnątrz siedział od rana do wieczora facet i ogarniał. Jedna gra kosztowała 10 zł, za które kupowałeś dużą dwuzłotówkę. Było to jeszcze przed denominacją i w obiegu były dwie monety o nominale 2 zł – powszechne mniejsze i dosyć rzadko spotykane większe.
W weekend potrafiłem wpaść do salonu jeszcze przed 7 rano i spędzić w nim dobre kilka godzin. Mama nieco się martwiła, ale z drugiej strony wiadomo było, gdzie mnie znaleźć. Wspierała też zajawkę, zbierając dla mnie duże dwuzłotówki, gdy jej gdzieś wydano. Chyba nawet wymieniała się na nie z koleżankami.

Dzięki intuicyjności wuja gógla odnalazłem dwa tytuły, które wówczas najbardziej wryły mi się w pamięć. To ciekawe, jak te żyjące w pamięci, starożytne gry różnią się od tego, jakie są w rzeczywistości. W pamięci zawsze mają więcej pikseli i zwykle lepszą grywalność.

Jungle Hunt

Bomb Jack

Później pojawił się jeszcze jeden czy dwa salony w Łęcznej, po czym nie wytrzymały one konkurencji gościa, który rozstawił w piwnicy kilka komputerów Amiga i budziki kuchenne. Wybierało się jedną z listy gier, płaciło za czas (najmniej kwadrans) i gość nakręcał budzik. Gdy czas się upiekł, budzik dzwonił.
A potem nagle każdy miał peceta lub konsolę w domu i biznesy padły. Tu czy tam w kraju widziano jeszcze działający automat, na przykład w jakimś miejscu ze stołami bilardowymi. Ale poza fliperami (inna bajka), automaty powoli zniknęły.
Wróciły dopiero w XXI wieku (przynajmniej na wschód Polski), już super wypasione, gdzie kontrolerami były plastikowe motory, gnaty, a rzadziej joysticki i guziki – zwykle tylko do bijatyk a la Street Fighter czy Tekken. Do wyboru było ściganie się pojazdami, strzelanie (podczas gdy ekran „chodził” za ciebie) lub bicie się 1 na 1 (bez fabuły). Różnorodność i polot gdzieś uleciały, poza tym rozrywka stała się nieco kosztowna.


Aż tu pewnego dnia idę sobie po ulicy w Popayan, chaos że hej, jak to w Kolumbii, i widzę mały salon z automatami arcade. Sprzęt nieco przestarzały, ale gry raczej z tych nowszych. Od Tekkena 3 aż po nówkę Street Fighter 4. Wszystko bitki 1 na 1 – nie moja bajka. Poza jednym wyjątkiem. Stoi taka jedna maszyna obdartus, a na niej Aero Fighters 2. Nie pamiętam tego tytułu z dzieciństwa, ale klimat zachowany. Gra, szacuję, gdzieś z początków lat 90. Do tego cena za grę: 200 pesos (30-40 groszy). Bomba! Rozmieniam pesosy i gram.
Gra to bardzo klasyczna strzelanka, w której odrzutowiec gracza leci z dołu do góry, rozsiewając tryliony pocisków, dewastując wrogie armie i unikając rakiet. Na końcu każdego levelu jest boss – jakiś bombowiec albo inny lotniskowiec na pół ekranu. Scenariusz klasyk – pilotowi porwano dziewoję, także bez litości niczym Steven Seagal.


Gram sobie chwilę, a tu do salonu wpada pewien autochton i mówi, żebyśmy zagrali we dwóch. Dobra. Okazało się, że to jakiś wyga salonu. Rozwaliliśmy razem kilku bossów, ale po dwóch żetonach mi się trochę znudziło. Gość powiedział coś mniej więcej: „to tera, młody, pacz i się ucz”. Po kolejnych 15 minutach skończył grę, niszcząc na ostatnim levelu dwóch bossów – ogromnego małpiszona na latającej platformie, ciskającego mniejszymi małpami, oraz wielkie oko. Temat oka to często powtarzający się motyw na finiszu gier komputerowych, od klasyka Eye of the Beholder, aż po nową, prostą, ładniutką i świetną pod względem fizyki jednopaluchową gierkę na mobile pt. Badlands. Polecam sprawdzić.
Wracając do mistrza Aero Fighters, od dzieciństwa nie widziałem tego poziomu profeski i automatyzmu przy automacie. Gość dokładnie wiedział, w którym miejscu na ekranie się ustawiać w każdej chwili. Nauczenie się gry na pamięć to nie mój styl, ale godne podziwu to zaangażowanie. Po skończeniu gry, typ przeklikał całe outro i zaczął się od nowa pierwszy level, tylko na dużo szybszych obrotach. Gość znudził się widocznie odrobinę, bo szybko dał się strącić i zaraz zmył się.
Ja również, ale wróciłem tam następnego dnia. Tym razem na tym samym automacie była pierwsza część Aero Fighters, więc w nią też zagrałem. Uruchomiony był też drugi, który był dzień wcześniej wyłączony, a na nim spis gier. Wybrałem więc sobie Metal Slug 3, choć seria nigdy mnie specjalnie nie pociągała. Jakoś nie mogłem jej opanować i zawsze zbyt szybko ginąłem. Poza tym często miała lagi, a w ogóle to nie miałem do niej sentymentu. Ale pozostałe tytuły mówiły mi niewiele albo nic. Te wszystkie gry z dzieciństwa pamiętam zwykle, nie pamiętając tytułów.


Automat w Popayan dał mi nadzieję, że być może znajdę takich więcej w Bogocie. W końcu w stolicy Kolumbii żyje 9 milionów ludu (według jednego źródła; według Wikipedii niecałe 8, a według pewnego taksówkarza – 14 milionów). Dotychczas myślałem, że szansę na reanimację takich sentymentów mogę mieć dopiero w salonach w Tokyo albo jakiejś innej hipsterskiej metropolii Korei Północnej. Nie traciłem jednak nadziei, że wiele z nich nadal działa gdzieś w krajach „drugiego świata” i ich zwariowanym bonzo kapitalizmie. Na Bałkanach nie znalazłem, choć na pewno ukryły się przede mną tuż za rogiem. Musiałem więc przelecieć ocean.

Bogota mnie nie zawiodła...

C.d.n.


PS. Przy okazji tematu chodzi mi po głowie ta piosenka. Poza tytułem, nie ma większego związku. Ale wrzucam, bo lubię ten pocieszny lingwistycznie tekst S-F z dobrym rytmem na psychodelicznej nucie.



(ano)

wtorek, 21 października 2014

Haronim - premiera

Haronim to zagubione umysły przy próbie medytacji, dającej odwrotny skutek. Muzycznie, Haronim to samplowany free jazz i muzyka improwizowana na ciężkiej, czasem czkającej fakturze rytmicznej. Lirycznie, Haronim to ciemna esencja Anonima – refleksje wyobcowanego, aspołecznego pesymisty na tle mrocznych mantr. Abstraktrans.

Pierwszy utwór i jego remix do odsłuchu tutaj:




Całość można pobrać za darmo ze strony labelu Kaiser Söze lub odsłuchać (i również pobrać) tutaj.




Najbardziej pojechana rzecz, jaką dotychczas współtworzyłem. Cieszę się, że w końcu jest.

----------------


Music: Harp (Konrad Chyl; 2009). 

Lyrics, vocals: Anonim (Bartosz Sobala; 2009, 2014). 
Rmx/re-cut: 1988, Łukasz Szulc, Tomasz Młynarski, Kucharczyk, Rwetes. 
Recording, mastering, mix, postproduction: Piotr Kala, Studio Bychawka. 
Cover design: Kosma Ostrowski 


Projekt miał powstać w 2009 r. Wówczas nagraliśmy jednak tylko utwór „opcja”. Część bitów Chyla mnie przerosła. Nie potrafiłem wtedy napisać i nagrać czegoś spójnego z warstwą muzyczną. Poza tym obaj już wtedy mieliśmy zupełnie inne projekty, na których się skupialiśmy. Chylo poszedł w stronę muzyki improwizowanej i swoich autorskich sytuacji dźwiękowych. Ja współtworzyłem lekki, akustyczny hip-hop z grupą Open Source. 


Gdy w 2013 r. zginął Chylo, przypomniałem sobie o niedoszłym, wspólnym projekcie. Ciężkie refleksje w krótkim czasie przeobraziły się w teksty do każdego z bitów i pomysł na ich wykonanie. Rozwinąłem w tym celu koncepcję abstraktrapu, do której rzadko wracałem po nagraniu „opcji”. Powstał abstraktrans. Całość do już istniejących aranży. Zaskoczyło mnie, z jaką łatwością po tych kilku latach udało mi się napisać teksty do pozostałych bitów Harpa. Myślę, że mogła być to dokładnie ta jedyna chwila, w której mogły one powstać. 


Razem z netlabelem Fundacji Kaisera Söze postanowiliśmy rozwinąć oryginalny materiał o remiksy. Tak powstał album o dwóch aktach. Pierwszy to oryginalny haronim, drugi – jego odbicie w zwierciadle remiksów. 


(ano)

wtorek, 30 września 2014

haronim - coming soon...

Niektórzy z pewnością wiedzą, ale ktoś może nie wiedzieć. Uniżony współautor niniejszego bloga pisze również teksty do muzyki, a następnie je wokalizuje. Przed wyjazdem z Polski nagrałem kilka rzeczy. A co? Wkrótce się wyda. Wyda się nakładem netlabelu Kaiser Söze.

haronim
abstraktrans
+ remiksy

(ano)

poniedziałek, 21 lipca 2014

poniedziałek, 7 lipca 2014

Odwiedziny u pradziadka i pramamy

Kaktus
Magiczny kaktus ma wiele imion: wachuma, aguacolla, huachuma, hahuacollay, san pedro. San pedro to obecnie najbardziej rozpowszechniona nazwa i chyba jedyna nazwa nowożytna, z czasów chrześcijańskich. Pochodzi, naturalnie, od świętego Piotra, jako tego, który dzierży klucze do niebios. Analogia jest prosta – otwierający drzwi percepcji kaktus pozwala na osiągnięcie nieba na ziemi.
san pedro od 3 000 lat jest wykorzystywany w celach religijnych, magicznych i uzdrowicielskich w społecznościach żyjących w Andach. Prawdopodobnie jest to najdłuższa nieprzerwana tradycja wykorzystywania leczniczej rośliny w południowej Ameryce. Wśród archeologicznych znalezisk sprzed 1500 r. p. n. e. odnaleziono malowidła kaktusa wachuma, ukazywanego najczęściej w towarzystwie jaguara i kolibra; później także obok kosmicznej spirali, obrazującej wir natury odkrywany dzięki świętej roślinie. Słyszałam też o znaleziskach wskazujących na zażywanie kaktusa aguacolla 10 000 lat temu w Świętej Dolinie Inków, między Cuzco a Machu Picchu. Planujemy zweryfikować to za kilka miesięcy.

Poza szeroko znaną meskaliną kaktus zawiera wiele innych alkaloidów o działaniu psychoaktywnym i leczniczym (w tym naturalne antybiotyki), których synergiczne działanie daje spektakularny efekt.
San pedro i ayahuasca to rośliny o niebywale holistycznym oddziaływaniu. W pewnym sensie obie aktywują szósty, telepatyczny zmysł, przenoszący nas niejako wzdłuż czasu i przestrzeni, do odległego, wydaje się, że odwiecznego, wymiaru. Odbudowują pierwotną więź z matką ziemią i zarazem z własnym wnętrzem.

W Ameryce Południowej mówi się, że ayahuasca jest matką wszelkiego stworzenia, zaś san pedro jego dziadkiem. Matka zwykle bywa ciepła i kochająca, ale czasem potrafi też pogrozić palcem. Tymczasem dziadek san pedro jest zwykle łagodny i łaskawy. Obdarowuje prezentami.
Obie rośliny są tu traktowane z ogromnym szacunkiem, uważa się je za potężnych nauczycieli, katalizatory nadprzyrodzonych sił, które aktywują wewnętrzny proces leczenia i zarazem ekstatyczne wizje, magiczną podróż do wymiaru gdzieś poza czasem i przestrzenią.

Szaman
Tradycyjnie san pedro i ayahuaskę przyjmuje się pod opieką szamana. Są dwie drogi, by zostać szamanem: można uczyć się od innych szamanów (nadal są rodziny, w których fach szamański przekazywany jest z pokolenia na pokolenie) lub – sposób o wiele bardziej ceniony – uczyć się bezpośrednio od rośliny, która krok po kroku wtajemnicza wybrańców w swe sekrety. Superświadomy duch rośliny prowadzi tych, którzy podjęli praktykę, poddaje ich szamańskim testom i wyzwaniom, związanym m. in. z ich szczerymi intencjami i pokorą.

Felicia i Los Encantos
Naszą ceremonię odbyliśmy z szamanką Felicią, Austriaczką, która od 20 lat mieszka w Ekwadorze; tyle też czasu pracuje z kaktusem. To wachuma nauczył ją wszystkiego. Mówią, że jest jednym z najpotężniejszych szamanów w szeroko pojętej ekwadorsko-peruwiańskiej okolicy.
Swoją posiadłość Felicia nazwała Los Encantos, co oznacza „uroki”. Mieszka tam z dwudziestokilkuletnią purpurową arą imieniem Pepe, czterema psami, kotem, dwoma końmi i kurami. Tuż obok pomalowanego na niebiesko domu z szeroką werandą stoi kapliczka Pachamamy – matki ziemi. Wewnątrz znajduje się masywny posąg obfitej kobiety o dużych piersiach, wyrazistych oczach i ustach, i głowie przybranej koroną z węża. Nocą na jej policzku kręcił się ogromny pająk. Tuż przed posągiem stoi niewielki ścięty san pedrito. I wazony z kwiatami.
W centrum podwórka rośnie piękny, ogromny kaktus. Na jednej z jego niższych odnóg leży biały kryształ.
Tuż przed werandą, pod wysokim iglakiem jest miejsce na ognisko. Widać, że często się z niego korzysta. To tam odbywają się ceremonie.

Na swojej stronie internetowej Felicia pisze, że Ziemia jest żywym, głęboko samoświadomym istnieniem. Pachamama to matka wszystkich stworzeń z królestw roślin, zwierząt i ludzi. My jesteśmy jej częścią, a ona jest częścią nas. Duchowo – wszyscy jesteśmy jednością; wszyscy wywodzimy się z jej łona; wszyscy do niego powrócimy, gdy umrzemy.
Ceremonia matki ziemi umożliwia otwarcie się na wewnętrzny proces samoleczenia ciała i duszy. Dzieje się to zarówno na poziomie emocjonalnym, jak fizycznym. Sercem ceremonii jest przypomnienie sobie, skąd tak naprawdę się wzięliśmy; co jest początkiem, co jest istotą życia. Jak mówi Felicia, ceremonia z udziałem san pedro to powrót do naszego wspólnego, prawdziwego domu.

Ceremonia z kaktusem san pedro
Spotkaliśmy się na werandzie domu Felicii około dwudziestej pierwszej. Ja i Bartek byliśmy tam w sumie nieco wcześniej, bo nie mogliśmy się już doczekać. Byliśmy po prostu kosmicznie podekscytowani. Tym bardziej, że przygotowywaliśmy się do ceremonii od tygodnia – jedliśmy głównie warzywa i owoce, nie piliśmy alkoholu ani słodkich napojów, nie paliliśmy. W dniu ceremonii prawie nic nie jedliśmy (tylko owocowe śniadanie) i w zasadzie nic nie robiliśmy – bujaliśmy się w hamakach i obserwowaliśmy faunę i florę – dokładnie to, co jest zalecane przez zażyciem świętej rośliny.
Oprócz nas w ceremonii uczestniczyła Shir z Izraela, która podróżuje, zgłębiając tajemnice wszelkich leczniczych roślin, i od dłuższego czasu próbuje pracować z san pedro; to było jej mniej więcej setne doświadczenie z tą rośliną; oraz John z USA. John dotarł do Los Encantos razem ze swoją dziewczyną, jednak była tak roztrzęsiona, zapłakana i spanikowana, że po krótkiej rozmowie z Felicią zdecydowała się na powrót taksówką do hotelu. Została nas więc szóstka – Bartek, ja, Shir, John, Felicia i jej asystent Pedro.
Wkrótce potem rozpoczęliśmy ceremonię. Usiedliśmy na kocach wokół tlącego się ogniska. Felicia w kilku słowach opowiedziała, jak wygląda struktura ceremonii. Potem odmówiła swoistą inkantację do kaktusa, do żywiołów i do duchów, oraz przywołała intencje, w jakich odbywa się ceremonia.
Kolejne etapy ceremonii to tzw. narzędzia transportacji, mające ułatwić nam podróż. Każdy z nas z osobna został odymiony dymem z ogniska, następnie otrzymaliśmy błogosławieństwo – Felicia „odźwięczyła” nas za pomocą grzechotki kołaczącej na wysokości naszej głowy, klatki piersiowej i stóp. Znów usiedliśmy w kręgu wokół ogniska; Felicia wzięła w dłonie bębenek oprawny w futro ocelota, dzięki czemu uzyskiwany zeń dźwięk był przyjemnie wytłumiony i aksamitnie miękki. Uderzała w bębenek, śpiewając starą pieśń. Następnie bębenek odbył podróż wokół ogniska, każdy z nas grał na nim przez chwilę. A potem kolejno wypiliśmy po filiżance wywaru z kaktusa, niektórzy zagryzając plasterkiem cytryny, ponieważ smak wywaru stanowi duże wyzwanie dla kubków smakowych.
Roślina zaczyna działać w organizmie po około godzinie od zażycia, zaś efekty utrzymują się przez blisko 10 godzin. Wymiotowaliśmy wszyscy oprócz Bartka, co nie jest ani dobre ani złe.
Wizje zaczęły się chyba w momencie, gdy Felicia śpiewała kolejną pieśń – introdukcję do podróży w głąb siebie i wszechświata. Była transowa i fascynująca – tempo raz zwalniało, raz przyspieszało, aż było niemożliwie szybkie, potem nagle zatrzymywała się... i dalej śpiewała, akcentując mocno niektóre głoski, m. in. „s”, i „k”, oraz tańczyła przed kaktusem, wysoko unosząc kolana, w dłoniach dzierżąc futrzany bębenek.

Szczegółową opowieść o wizjach i doznaniach zachowam dla siebie (ewentualnie dla przyjaciół, pozdro600!), ponieważ to bardzo intymne przeżycie. Poza tym, ubranie w adekwatne słowa otwartej percepcji jest niemożliwością. Aldous Huxley z dużą intuicją określił docelowy punkt podróży z san pedro Starym Światem umysłu, wizje zaś – fauną antypodów umysłu. Jak pisał w „Drzwiach percepcji”, taka podróż to bezczasowa iluminacja, która odpowiada na tkwiącą w każdym człowieku immanentną potrzebę autotranscendencji i wykroczenia poza krępującą jaźń.
Dzięki kaktusowi jest się wyrwanym z kolein normalnej percepcji, na kilka bezczasowych godzin uzyskuje się widzenie świata wewnętrznego i zewnętrznego nie takie, jakim dysponuje zwierzę opętane przetrwaniem lub człowiek opętany słowami i pojęciami; można ujrzeć je takimi, jakimi postrzega je, w całej bezpośredniości i nieuwarunkowaniu, wolny umysł. W tej dalekiej podróży, odbywanej przez większość czasu z zamkniętymi oczami, postrzega się żyjące wzory, tak charakterystyczne dla świata wizyjnego, niekończące się narodziny i rozprzestrzenianie się kształtów przechodzących w obiekty i rzeczy, które zawsze przemieniają się w inne rzeczy.

Doświadczenie z san pedro to bardzo osobista wewnętrzna podróż ku odkryciu siebie i wszechświata. Prowadzi daleko w głąb podświadomości, która otwiera się przed nami jak kwiat. Pozwala na ponowny dostęp do tych zakamarków percepcji, które na co dzień są głęboko ukryte przed racjonalnym, a tym samym mocno ograniczającym umysłem. Ceremonia rozbudza percepcję i otwiera świętą przestrzeń obecną w każdym żywym stworzeniu. Doświadczamy głębin siebie, które – jak się okazuje – zarazem są głębinami wszelkiego żywego stworzenia, pradawną świadomością ziemi. Dzięki san pedro jesteśmy w stanie poczuć, że ziemia, niebo, rośliny, zwierzęta i ludzie to wielka jednia; wszystko to współistnieje w doskonałej harmonii, w wiecznym ruchu, wiecznym życiu i umieraniu, drganiu i falowaniu. Jest to jedyne w swoim rodzaju, wyjątkowo intensywne uczucie bezgranicznej miłości.


Bardzo serio chciałabym, żeby każdy człowiek miał szansę tego doświadczyć.
(w)





środa, 21 maja 2014

Lżejsza od powietrza propaganda


W egzotycznym otoczeniu promujemy egzotyczną muzykę.
Kłopot w tym, że nie spotkasz już wędrowców podróżujących z discmanami. Za to vlepki z kodem QR dobrze schodzą. Kod QR kieruje ich posiadaczy na stronę bandcamp zespołu Open Source.

Kilka dni temu nasz szwajcarski gość Michael kupił pierwszą płytę. Przynajmniej tak mi się wtedy wydawało. Nie miał gotówki. Miał donieść kolejnego wieczoru. Następnego dnia razem ze swoją dziewczyną Julią wymknęli się z hosterii. Bonnie & Clyde.

(ano)