...czyli Buddowie z głową Buddy. Pozdrawiamy Pawła W. Dzięki za ten kamyk podróżny.
(ano)
wtorek, 8 lipca 2014
poniedziałek, 7 lipca 2014
Odwiedziny u pradziadka i pramamy
Kaktus
Magiczny
kaktus ma wiele imion: wachuma, aguacolla, huachuma, hahuacollay, san
pedro. San pedro to obecnie najbardziej rozpowszechniona nazwa i
chyba jedyna nazwa nowożytna, z czasów chrześcijańskich.
Pochodzi, naturalnie, od świętego Piotra, jako tego, który dzierży
klucze do niebios. Analogia jest prosta – otwierający drzwi
percepcji kaktus pozwala na osiągnięcie nieba na ziemi.
san
pedro od 3 000 lat jest wykorzystywany w celach religijnych,
magicznych i uzdrowicielskich w społecznościach żyjących w
Andach. Prawdopodobnie jest to najdłuższa nieprzerwana tradycja
wykorzystywania leczniczej rośliny w południowej Ameryce. Wśród
archeologicznych znalezisk sprzed 1500 r. p. n. e. odnaleziono
malowidła kaktusa wachuma, ukazywanego najczęściej w towarzystwie
jaguara i kolibra; później także obok kosmicznej spirali,
obrazującej wir natury odkrywany dzięki świętej roślinie.
Słyszałam też o znaleziskach wskazujących na zażywanie kaktusa
aguacolla 10 000 lat temu w Świętej Dolinie Inków, między
Cuzco a Machu Picchu. Planujemy zweryfikować to za kilka miesięcy.
Poza
szeroko znaną meskaliną kaktus zawiera wiele innych alkaloidów o
działaniu psychoaktywnym i leczniczym (w tym naturalne antybiotyki),
których synergiczne działanie daje spektakularny efekt.
San
pedro i ayahuasca to rośliny o niebywale holistycznym oddziaływaniu.
W pewnym sensie obie aktywują szósty, telepatyczny zmysł,
przenoszący nas niejako wzdłuż czasu i przestrzeni, do odległego,
wydaje się, że odwiecznego, wymiaru. Odbudowują pierwotną więź
z matką ziemią i zarazem z własnym wnętrzem.
W
Ameryce Południowej mówi się, że ayahuasca jest matką wszelkiego
stworzenia, zaś san pedro jego dziadkiem. Matka zwykle bywa ciepła
i kochająca, ale czasem potrafi też pogrozić palcem. Tymczasem
dziadek san pedro jest zwykle łagodny i łaskawy. Obdarowuje
prezentami.
Obie
rośliny są tu traktowane z ogromnym szacunkiem, uważa się je za
potężnych nauczycieli, katalizatory nadprzyrodzonych sił, które
aktywują wewnętrzny proces leczenia i zarazem ekstatyczne wizje,
magiczną podróż do wymiaru gdzieś poza czasem i przestrzenią.
Szaman
Tradycyjnie
san pedro i ayahuaskę przyjmuje się pod opieką szamana. Są dwie
drogi, by zostać szamanem: można uczyć się od innych szamanów
(nadal są rodziny, w których fach szamański przekazywany jest z
pokolenia na pokolenie) lub – sposób o wiele bardziej ceniony –
uczyć się bezpośrednio od rośliny, która krok po kroku
wtajemnicza wybrańców w swe sekrety. Superświadomy duch rośliny
prowadzi tych, którzy podjęli praktykę, poddaje ich szamańskim
testom i wyzwaniom, związanym m. in. z ich szczerymi intencjami i
pokorą.
Felicia
i Los Encantos
Naszą
ceremonię odbyliśmy z szamanką Felicią, Austriaczką, która od
20 lat mieszka w Ekwadorze; tyle też czasu pracuje z kaktusem. To
wachuma nauczył ją wszystkiego. Mówią, że jest jednym z
najpotężniejszych szamanów w szeroko pojętej
ekwadorsko-peruwiańskiej okolicy.
Swoją
posiadłość Felicia nazwała Los Encantos, co oznacza „uroki”.
Mieszka tam z dwudziestokilkuletnią purpurową arą imieniem Pepe,
czterema psami, kotem, dwoma końmi i kurami. Tuż obok pomalowanego
na niebiesko domu z szeroką werandą stoi kapliczka Pachamamy –
matki ziemi. Wewnątrz znajduje się masywny posąg obfitej kobiety o
dużych piersiach, wyrazistych oczach i ustach, i głowie przybranej
koroną z węża. Nocą na jej policzku kręcił się ogromny pająk.
Tuż przed posągiem stoi niewielki ścięty san pedrito. I wazony z
kwiatami.
W
centrum podwórka rośnie piękny, ogromny kaktus. Na jednej z jego
niższych odnóg leży biały kryształ.
Tuż
przed werandą, pod wysokim iglakiem jest miejsce na ognisko. Widać,
że często się z niego korzysta. To tam odbywają się ceremonie.
Na
swojej stronie internetowej Felicia pisze, że Ziemia jest żywym,
głęboko samoświadomym istnieniem. Pachamama to matka wszystkich
stworzeń z królestw roślin, zwierząt i ludzi. My jesteśmy jej
częścią, a ona jest częścią nas. Duchowo – wszyscy jesteśmy
jednością; wszyscy wywodzimy się z jej łona; wszyscy do niego
powrócimy, gdy umrzemy.
Ceremonia
matki ziemi umożliwia otwarcie się na wewnętrzny proces
samoleczenia ciała i duszy. Dzieje się to zarówno na poziomie
emocjonalnym, jak fizycznym. Sercem ceremonii jest przypomnienie
sobie, skąd tak naprawdę się wzięliśmy; co jest początkiem, co
jest istotą życia. Jak mówi Felicia, ceremonia z udziałem san
pedro to powrót do naszego wspólnego, prawdziwego domu.
Ceremonia
z kaktusem san pedro
Spotkaliśmy
się na werandzie domu Felicii około dwudziestej pierwszej. Ja i
Bartek byliśmy tam w sumie nieco wcześniej, bo nie mogliśmy się
już doczekać. Byliśmy po prostu kosmicznie podekscytowani. Tym
bardziej, że przygotowywaliśmy się do ceremonii od tygodnia –
jedliśmy głównie warzywa i owoce, nie piliśmy alkoholu ani
słodkich napojów, nie paliliśmy. W dniu ceremonii prawie nic nie
jedliśmy (tylko owocowe śniadanie) i w zasadzie nic nie robiliśmy
– bujaliśmy się w hamakach i obserwowaliśmy faunę i florę –
dokładnie to, co jest zalecane przez zażyciem świętej rośliny.
Oprócz
nas w ceremonii uczestniczyła Shir z Izraela, która podróżuje,
zgłębiając tajemnice wszelkich leczniczych roślin, i od dłuższego
czasu próbuje pracować z san pedro; to było jej mniej więcej
setne doświadczenie z tą rośliną; oraz John z USA. John dotarł
do Los Encantos razem ze swoją dziewczyną, jednak była tak
roztrzęsiona, zapłakana i spanikowana, że po krótkiej rozmowie z
Felicią zdecydowała się na powrót taksówką do hotelu. Została
nas więc szóstka – Bartek, ja, Shir, John, Felicia i jej asystent
Pedro.
Wkrótce
potem rozpoczęliśmy ceremonię. Usiedliśmy na kocach wokół
tlącego się ogniska. Felicia w kilku słowach opowiedziała, jak
wygląda struktura ceremonii. Potem odmówiła swoistą inkantację
do kaktusa, do żywiołów i do duchów, oraz przywołała intencje,
w jakich odbywa się ceremonia.
Kolejne
etapy ceremonii to tzw. narzędzia transportacji, mające ułatwić
nam podróż. Każdy z nas z osobna został odymiony dymem z ogniska,
następnie otrzymaliśmy błogosławieństwo – Felicia
„odźwięczyła” nas za pomocą grzechotki kołaczącej na
wysokości naszej głowy, klatki piersiowej i stóp. Znów usiedliśmy
w kręgu wokół ogniska; Felicia wzięła w dłonie bębenek oprawny
w futro ocelota, dzięki czemu uzyskiwany zeń dźwięk był
przyjemnie wytłumiony i aksamitnie miękki. Uderzała w bębenek,
śpiewając starą pieśń. Następnie bębenek odbył podróż wokół
ogniska, każdy z nas grał na nim przez chwilę. A potem kolejno
wypiliśmy po filiżance wywaru z kaktusa, niektórzy zagryzając
plasterkiem cytryny, ponieważ smak wywaru stanowi duże wyzwanie dla
kubków smakowych.
Roślina
zaczyna działać w organizmie po około godzinie od zażycia, zaś
efekty utrzymują się przez blisko 10 godzin. Wymiotowaliśmy
wszyscy oprócz Bartka, co nie jest ani dobre ani złe.
Wizje
zaczęły się chyba w momencie, gdy Felicia śpiewała kolejną
pieśń – introdukcję do podróży w głąb siebie i wszechświata.
Była transowa i fascynująca – tempo raz zwalniało, raz
przyspieszało, aż było niemożliwie szybkie, potem nagle
zatrzymywała się... i dalej śpiewała, akcentując mocno niektóre
głoski, m. in. „s”, i „k”, oraz tańczyła przed kaktusem,
wysoko unosząc kolana, w dłoniach dzierżąc futrzany bębenek.
Szczegółową
opowieść o wizjach i doznaniach zachowam dla siebie (ewentualnie
dla przyjaciół, pozdro600!), ponieważ to bardzo intymne przeżycie.
Poza tym, ubranie w adekwatne słowa otwartej percepcji jest
niemożliwością. Aldous Huxley z dużą intuicją określił
docelowy punkt podróży z san pedro Starym Światem umysłu, wizje
zaś – fauną antypodów umysłu. Jak pisał w „Drzwiach
percepcji”, taka podróż to bezczasowa iluminacja, która
odpowiada na tkwiącą w każdym człowieku immanentną potrzebę
autotranscendencji i wykroczenia poza krępującą jaźń.
Dzięki
kaktusowi jest się wyrwanym z kolein normalnej percepcji, na kilka
bezczasowych godzin uzyskuje się widzenie świata wewnętrznego i
zewnętrznego nie takie, jakim dysponuje zwierzę opętane
przetrwaniem lub człowiek opętany słowami i pojęciami; można
ujrzeć je takimi, jakimi postrzega je, w całej bezpośredniości i
nieuwarunkowaniu, wolny umysł. W tej dalekiej podróży, odbywanej
przez większość czasu z zamkniętymi oczami, postrzega się żyjące
wzory, tak charakterystyczne dla świata wizyjnego, niekończące się
narodziny i rozprzestrzenianie się kształtów przechodzących w
obiekty i rzeczy, które zawsze przemieniają się w inne rzeczy.
Doświadczenie
z san pedro to bardzo osobista wewnętrzna podróż ku odkryciu
siebie i wszechświata. Prowadzi daleko w głąb podświadomości,
która otwiera się przed nami jak kwiat. Pozwala na ponowny dostęp
do tych zakamarków percepcji, które na co dzień są głęboko
ukryte przed racjonalnym, a tym samym mocno ograniczającym umysłem.
Ceremonia rozbudza percepcję i otwiera świętą przestrzeń obecną
w każdym żywym stworzeniu. Doświadczamy głębin siebie, które –
jak się okazuje – zarazem są głębinami wszelkiego żywego
stworzenia, pradawną świadomością ziemi. Dzięki san pedro
jesteśmy w stanie poczuć, że ziemia, niebo, rośliny, zwierzęta i
ludzie to wielka jednia; wszystko to współistnieje w doskonałej
harmonii, w wiecznym ruchu, wiecznym życiu i umieraniu, drganiu i
falowaniu. Jest to jedyne w swoim rodzaju, wyjątkowo intensywne
uczucie bezgranicznej miłości.
Bardzo
serio chciałabym, żeby każdy człowiek miał szansę tego
doświadczyć.
(w)
czwartek, 3 lipca 2014
Teorie: Rentowność, podaż i popyt życia
Bardziej refleksja, niż teoria.
-
Wprawdzie
wizyty u lekarzy odbywałem sporadycznie, ale próbowałem ostatnio
przypomnieć sobie, kiedy wyszedłem od takiego bez recepty na jakiś
syntetyczny środek z apteki. Wyszło mi, że chyba nigdy. Nie
przypominam sobie, żeby kiedykolwiek lekarz zalecił mi picie
rumianku, akupunkturę, masaż, kręgarza, okłady, nasiadówki czy
chociażby trochę ruchu.
Jeszcze
niedawno mógłbym sam taką wyliczankę wyśmiać. Przecież jak się
jest chorym, idzie się do lekarza. Każdy to wie. Każdy lekarz
przysięga robić wszystko, żeby pacjentowi się poprawiło.
Przysięga przed Hipokratesem i owiniętym wokół krzyża wężem. A
więc złamałby taką przysięgę, gdyby przepisał pacjentowi coś,
co by mu zaszkodziło. Każdy to wie.
Wszak
lekarze czytać umieją. Zdają więc sobie sprawę z ulotek, które
do wszelakich leków są dołączane. Wiedzą więc, że jakieś
pozornie bezpieczne krople żołądkowe u jednego na sto milionów
pacjentów spowodują silną biegunkę z ryzykiem zgonu, a u jednego
na tysiąc podrażnienie błony śluzowej. Lekarz i pacjent mają to
czarno na białym. Pacjent ryzykuje, bo, po pierwsze, ryzyko jest
nikłe, po drugie, przepisał mu to lekarz. Lekarz wie, co robi.
Każdy to wie.
Lekarz
jest człowiekiem nauki. Musi opierać się na badaniach. Herbatka z
mięty też może spowodować biegunkę. Ale chyba nikt nie
przeprowadził nad nią badań, więc nie wiadomo, czy biegunka ta
wystąpi u jednego na sto pacjentów czy jednego na milion. Dlaczego
nikt nie przeprowadził badań? Mięty nie opatentujesz. Co więcej,
bardzo łatwo wyhodować taką w ogródku czy nawet doniczce.
Producentom leków nie opyla się więc badać jakichkolwiek
naturalnych remediów na cokolwiek. Zbankrutowaliby, gdyby ludzie
zamiast do lekarzy, zaczęli chodzić do swojego ogródka.
Sytuacja
wydaje się nieco absurdalna. Odkąd człowiek jest człowiek, a
nawet wcześniej, gdy człowiek był małpa (czy cokolwiek tam
człowiek był, nie o tym temat), szukał ów homo
remediów na swoje dolegliwości w naturze. Czasem się udawało,
czasem nie. Szukanie takich remediów wśród tysięcy syntetycznych
produktów, których nie ma w pamięci genetycznej naszego gatunku,
to nowość. Na siłę przyzwyczajamy nasze organizmy do nowych
syntetyków, zamiast udoskonalać to, co leczyło nas od zawsze.
Syntetyki
produkują firmy, którymi rządzą prawa kapitalizmu. Firmy te muszą
osiągać zysk. Jeśli okaże się, że nowy produkt nie działa, tak
jak zakładano, producent notuje straty. Ponadto produkt musi się
sprzedać lepiej, niż konkurencyjny produkt. Tak więc trzeba
zatrudnić specjalistów, którzy powiedzą jakiejś komisji
lekarskiej, że ten produkt jest lepszy od konkurencji. Domyślam
się, że tych już nie obejmuje przysięga lekarska. Poza tym,
podobno koncerny produkujące nowe leki czasem same prowadzą nad
nimi badania. To jakby przestępca sam sądził swoją sprawę –
niby najlepiej wie, czy postąpił źle. Jeśli tak, to według
etyki, powinien uznać się za winnego.
Podobno
etyka nie powinna pozwalać firmom farmaceutycznym sprzedawać
produktów, które mogą szkodzić zdrowiu. A jednak to robią.
Wystarczy przeczytać ulotkę dowolnego leku.
Od
dawna mam przeświadczenie, że kapitalizm niezbyt dobrze wpływa na
sztukę. Artysta podlegający prawom rynkowym to żaden artysta. Nie
po to się tworzy te wszystkie odkrywcze, abstrakcyjne fanaberie,
żeby musieć potem dbać o to, by dotarły do jak największego
grona odbiorców, dały artyście hajs na przeżycie i na gażę
promotora, który pcha te abstrakcje w media i tłumaczy im, że
dzięki temu media te dotrą do wielu ludzi i w konsekwencji również
na tym zarobią. Bzdura. Tym razem temat jest być może nieco
bardziej ważki, bo dotyczy zdrowia – tego, jak długo pobędziemy
żywi i, przede wszystkim, czy nie będzie to egzystencja pełna
trucia swojego organizmu syntetycznymi toksynami, dolegliwości,
bólów, depresji i walki o przetrwanie z pokracznymi nieludzkimi
tworami, które na tym cierpieniu zarabiają krocie. Mazen mówi, że
przemysł farmaceutyczny to drugi największy przemysł na świecie.
Myślałem, że na pierwszym jest ropa. Ale nie, jest na trzecim. Na
pierwszym jest wojna.
C.d.
być może n.
(ano)
Dla złagodzenia klimatu, na koniec kilka fot z naszej ostatniej przechadzki z Johnem i Marzeną.
| zmiana perspektywy |
| eksperymenty z analogowym filtrem (czyt. nowymi okularami Weronki) |
Subskrybuj:
Posty (Atom)