Pokazywanie postów oznaczonych etykietą teorie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą teorie. Pokaż wszystkie posty

środa, 13 maja 2015

Vipassana

Słowo vipassana pochodzi z języka pali i znaczy „widzieć rzeczy takimi, jakie są w istocie”.
Vipassana, wgląd w faktyczną naturę rzeczywistości, to esencja nauk Buddy. Uczył jej jako sztuki życia (i zarazem umierania), uniwersalnego lekarstwa na ludzkie bolączki. Sednem uprawiania Vipassany jest kompletne oczyszczenie umysłu, uzdrowienie z odczuwania cierpienia, oświecenie, wyzwolenie z cyklu samsary. Osiągnięcie świętego spokoju i harmonii. Jak zwał tak zwał, sens wszelako jest jasny.
To jedna z najstarszych indyjskich technik medytacyjnych, jednak uznawana jest za technikę buddyjską, gdyż, blisko 2,5 tysiąca lat temu, po latach zapomnienia, Budda na nowo odsłonił ją dla świata.
Jedna z głównych doktryn buddyzmu, dharma mudra, wskazuje trzy dystynktywne cechy istnienia: anitya / anicca – nietrwałość, zmienność absolutnie wszystkiego; dukha, czyli cierpienie; i anatta - brak trwałej tożsamości, niezniszczalnego atmana, czyli duszy (w buddyzmie "ja" rozumie się jako nieustannie zmieniającą się konstelację wrażeń, wspomnień, cech i predyspozycji). Głębokie zrozumienie, wgląd (czyli vipassana) w te trzy cechy to transcendentalna mądrość, która ma prowadzić do wyzwolenia od odradzania się w cyklu samsary, a także od wszystkiego, od czego potrzebujemy się wyzwolić, by odczuwać harmonię.
Vipassana prowadzi do transformacji przez uważną samoobserwację, utrzymywanie świadomości na naturalnych reakcjach ciała. Taka samodzielna, oparta tylko o obserwację, eksploracyjna podróż do wspólnego korzenia ciała i umysłu pozwala usunąć mentalne zakłócenia i osiągnąć równowagę.
Wychodzi się z założenia, że zarówno przyjemność jak nieprzyjemność to li i tylko wrażenia, coś ulotnego, co przychodzi i odchodzi, pojawia się i znika, zawsze. Wszystko, czego doświadczamy, ma taką właśnie, przemijającą, naturę. Dlatego nie powinniśmy przywiązywać się do doznań i odczuwać wobec nich emocji. Przywiązanie do przyjemnych wrażeń rodzi pragnienia, do nieprzyjemnych – awersję i niechęć. Jedne i drugie zakotwiczają nas w tym świecie i przez to cierpimy. Celem medytacji jest nauczenie się czystej obserwacji zarówno jednych jak drugich, kontemplowania ich bez emocji i zaakceptowania takimi jakie są – nietrwałe. Ne ma sensu się do nich przywiązywać, irytować się, złościć, ani też odwrotnie – zasysać ich i wstrzymywać oddech, by trwały jak najdłużej.
Medytacja ma ujarzmić cierpienie przez proste pogodzenie się z nim. Cierpimy, bo nie zawsze jest tak, jak byśmy chcieli, jak lubimy i jak jest przyjemnie. Wgląd w cierpienie, czyli zdyscyplinowana obserwacja i akceptacja bez reagowania, sprawia, że uczymy się je akceptować, tym samym – przestając odczuwać je jako cierpienie.
Ta technika medytacyjna, tak prosta, klarowna i zarazem wymagająca dużego nakładu wytrwałości i cierpliwości, jest jak wspaniały prezent dla ludzkości. Uczy, jak samą dyscypliną umysłową wyzwolić się z kręgu cierpienia, przestać się denerwować, wzburzać, odczuwać nieprzeparte pragnienia; jak samemu zacząć się zbawiać tu i teraz, i, co najlepsze, poczuć efekty bardzo szybko.
Techniki można się nauczyć podczas 10-dniowych stacjonarnych kursów o dość restrykcyjnym charakterze. Uczestnicy zobowiązani są do zachowania całkowitego milczenia, utrzymywana jest też segregacja płci. Zero substancji odurzających, naturalnie; zero elektroniki, zero książek i innych narzędzi, którymi można by się zająć w międzyczasie. Wszystko to w celu zminimalizowania potencjalnych dystrakcji, aby umysł mógł się uspokoić i całkowicie skoncentrować na medytowaniu.
Codzienny harmonogram zajęć wygląda tak:
4.00 dzwonek na pobudkę
4.30-6.30 medytacja w świątyni lub w pokojach
6 30-8.00 przerwa śniadaniowa
8.00-9.00 medytacja Adhitthana (w kompletnym bezruchu, w miarę możliwości)
9.00-11.00 medytacja w świątyni lub w pokojach
11.00-13.00 obiad i odpoczynek
13.00-14.30 medytacja w świątyni lub w pokojach
14.30-15.30 medytacja Adhitthana (w kompletnym bezruchu, w miarę możliwości)
15.30-17.00 medytacja w świątyni lub w pokojach
17.00-18.00 lekka kolacja
18.00-19.00 medytacja Adhitthana (w kompletnym bezruchu, w miarę możliwości)
19.00-20.30 wykład (S. N. Goenka)
20.30-21.00 medytacja w świątyni
21.00 odpoczynek
Nauka medytacji rozpoczyna się od techniki Anapana – panowania nad umysłem poprzez skupienie uwagi na naturalnym flow oddechu przechodzącego przez nos, na nieustającej zmianie wdechu i wydechu. Obserwujesz, jak powietrze wpływa do nosa i wypływa z niego, bez żadnych dodatkowych czynności, bez liczenia, bez powtarzania słów, mantr, bez wizualizacji, po prostu czysta obserwacja subtelnych doznań. Czwartego dnia kursu umysł osiąga stan spokoju i koncentracji wystarczający, aby rozpocząć prawdziwą pracę, praktykę Vipassany. Polega to na spokojnym i skupionym obserwowaniu doznań na powierzchni całego ciała, od czubka głowy po koniuszki stóp, i z powrotem. Doznania mogą być czasem bardzo subtelne, a czasem ostre i absorbujące. Raz odczuwa się przyjemne wibracje i swobodny przepływ energii przez ciało, innym razem silny ból, dokuczliwe swędzenie, albo inne doznania, których nie da się nazwać. Sedno Vipassany polega na na zrozumieniu natury wszelkich doznań oraz na rozwijaniu równowagi umysłu poprzez naukę, jak na nie nie reagować. 
Praktyka Vipassany jest w rzeczywistości mentalnym treningiem, jogą dla umysłu. W konsekwencji regularnej praktyki umysł staje się czysty, otwarty, spokojny i skupiony. Tylko z takim umysłem możemy wibrować naprawdę wysoko.
Więcej na www.dhamma.org
cdn.

(w)

poniedziałek, 20 października 2014

Faktury natury #3 (dendro-edycja)

Hołd dla najstarszych żywych organizmów na naszej kuli. Jak się tak zastanowić, to trudno uwierzyć, że coś co potrafi żyć kilka tysięcy lat nie posiada jakiegoś rodzaju świadomości. Tylko jak miałyby wytłumaczyć to człowiekowi.





Weronka miała "sen", że dwa drzewa niosą ją do dalekich stron, gdzie następnie wykopuje inne drzewo, aby przesadzić je w miejsce narodzin nowej dendro-religii. Chyba gdzieś w Indiach. Mamy szukać drzewa, pod którym będzie stał słoń.

(ano)

poniedziałek, 15 września 2014

Psychodeliczna flora

Bezustannie zachwyca mnie tutejsza wybujała flora, w tym wszechobecne enteogeny: kwiaty, pnącza, drzewa i kaktusy zawierające substancje psychoaktywne. W niemal każdym ogrodzie, na przydrożnej łące, na wędrownym szlaku napotykasz naturalnie występujące w przyrodzie psychodeliki. Jest więc mnogość okazów aguacolla czyli nasyconego meskaliną kaktusa san pedro; całe mnóstwo drzew Anadenanthera colubrina (huilco bądź vilco) z rodziny mimozowatych z wysoką zawartością DMT, 5-MeO-DMT i bufotetniny; wszędobylskie pomarańczowe Leonotis nepetifolia, znane też jako klip dagga bądź uszy lwa, które zawierają łagodnie psychoaktywną leonurynę; wilec z rodziny powojowatych (łac. ipomoea tricolor; ang. morning glory) o intensywnie szafirowej barwie, ktorego czarne nasionka zawierają alkaloid LSA, w działaniu zbliżony do LSD. Tam, gdzie na górskich łąkach pasą się krowy, gdy klimat zmienia się w nieco bardziej wilgotny, znajdziesz skupiska magicznych grzybków z psylocybiną, w centrum miasteczka zaś po ścianach pnie się obecna również w Polsce datura, czyli bieluń.

Przycięty san pedrito


Uszy lwa w porze suchej, niemal bez płatków
                 
W obecnych czasach powszechnie traktuje się je jako rośliny ozdobne, upiększające ogrody. Odmienne stany świadomości to ich drugie dno, z którego mało kto korzysta. Ta wiedza funkcjonuje bardziej jako lokalna ciekawostka. O, widzisz te zwariowane pomarańczowe kwiatki? Nie wiem jak się nazywają, ale gdy nazbierasz płatków i dobrze je ususzysz, można je palić w lufce. Działa odprężająco, trochę jak THC. Można z nich również przyrządzić herbatkę. Widzisz to drzewo? To vilco. Zawiera DMT. Te czarne nasionka należy uprażyć, zemleć i następnie spalić w lufce, najlepiej z dodatkiem tytoniu. Tradycyjnie sporządza się z niej psychoaktywną tabakę. Czysty odlot. I tak dalej.
Tyle przeróżności i bogactwa wykwitającego prosto z wnętrzności matki ziemi. Aż się nasuwa pytanie, dlaczego ludzie tak rzadko z niego korzystają. Jak bardzo kapitalizm wespół z innymi dominującymi poglądami, prądami myślowymi i oczywiście religią nałożył nam klapki na oczy, byśmy postrzegali, cenili i czcili tylko to, co jest tak ewidentnie na zewnątrz, a zamykali oczy i coraz bardziej bali się, odsuwali od prawd płynących z trzewi natury oraz spoglądania wewnątrz siebie? Coś niesamowitego.

Mimo takiej obfitości lokalnej psychoaktywnej roślinności, wygląda na to, że największą popularnością nadal cieszy się tu importowana z dżungli ayahuasca. Robotę robi tu wiedza hipsterów z globalnej wioski, czyli: do Ameryki Południowej przyjeżdża się popodróżować i na ayahuaskę. Do Vilcabamby przyjeżdża sporo turystów otwartych na doznania, o orientacji - powiedzmy - new age. Jednak pnącze duchów nie występuje na wysokości 1500 m n.p.m. Lokalsi i ludzie nieco dłużej przebywający na tym kontynencie zgodnie twierdzą, że psychodeliczne rośliny najlepiej jest przyjmować tam, gdzie rosną, w ich naturalnym środowisku. Ale skoro jest tu popyt, pojawi się też i podaż, w końcu nie jesteśmy tak daleko od granic Amazonii. Jest tu więc (ponoć rozrywany przez turystów) Czech Roman organizujący ceremonie z ayahuaską w każdy poniedziałek, czwartek i niedzielę(!). Ostatnio w całym miasteczku pojawiły się plakaty reklamujące ceremonie z ayahuaską. Nie wiem, czy to inicjatywa Romana, czy jakiś dżunglowy szaman przybył na zarobek z tobołkiem wypchanym ayahuaską. W każdym razie, dolna część plakatu to kupony z numerem telefonu do wyrwania, takie jak u nas, gdy ktoś oferuje korepetycje na przystankach autobusowych.

Jest tu też troje szamanów kaktusa san pedro, z których żaden, zdaje się, nie ma zbyt wielu zleceń, bo na meskalinę jedzie się raczej do Meksyku. Co również znamienne, nikt z trojga szamanów nie pochodzi z Vilcabamby.

W miasteczku jest bardzo fajna mała restauracja wegetariańska Urku Warmy – apetycznie serwowane pyszne, zdrowe jedzenie i niezwykle rodzinny klimat. Sylvia – właścicielka, która odpowiada za smaki, jest także szamanką. W każdą pełnię księżyca organizuje circulo de mujeres. Kobiety (głównie miejscowe – przyjaciółki, siostry, ciotki i kuzynki) gromadzą się tego wieczoru wokół ogniska, wspólnie piją san pedro, śpiewają, rozmawiają, tańczą, a gdy wstaje dzień, urządzają wielkie wspólne gotowanie. Lokalna, sympatyczna imprezka, obywająca się bez wymiany gotówkowej.

Myśląc o tym wszystkim ostatnio, naszła mnie refleksja na temat naszych rodzimych psychodelików i nieodmiennie z nimi związanych pogańskich ceremonii. Znany wszystkim bieluń dziędzierzawa, czyli czarcie ziele (notabene jakie piękne są inne jego ludowe imiona: m. in. pinderynda, denderewa, świńska wesz, durna rzepa, trąba anioła; swoją drogą to ciekawe, ilu imion się ta roślina doczekała), pokrzyk wilcza jagoda (Atropa belladonna), lulek czarny, mandragora, szałwia wieszcza, muszkatołowiec korzenny, bylica pospolita, muchomor czerwony – nadal spotykamy je w ogrodach, na łąkach i w lasach. Uznaje się je bezwarunkowo za trujące i niebezpieczne. Sama tak mniej więcej o tym myślałam bez głębszej refleksji, dopóki wczoraj nasz nowy ziomek Lothar nie rzucił sugestii: a co, jeśli to tylko silna propaganda? Manipulacja powszechnie dostępną informacją, a co za tym idzie wiedzą (lub jej brakiem) i przekonaniami, by nawet nie próbować się tym interesować. Właśnie. A co?
Gdzieś coś dzwoni, że chyba jakoś je można (było) spożywać. Ale to pogaństwo i wiedźmy (bo WIEDZiały ile, czego i po co można). Nawet w ludowych baśniach i legendach niewiele z tego przetrwało, wiedza o zażywaniu tych roślin chyba nigdzie nie funkcjonuje. Chociaż może nie mam racji, może się po prostu nie dokopałam wystarczająco głęboko.
(w)

PS. Kilka poetycznych zdjęć z końmi.









czwartek, 17 lipca 2014

Goście: John cz. 2

Wieloletni aktywizm antyrządowy Johna w końcu zrobił z niego ex-pata, czyli po USA-ńsku emigranta. Zaczęło się jeszcze na studiach od krytyki amerykańskiej interwencji w Wietnamie, później było jeszcze kilka akcji, w tym „kontrolowane wyburzenie” WTC i wybuch w Pentagonie, oraz blokada Wall Street. John dużo pisał o prowokacjach rządu, które miały zabełtać w głowach obywateli, zastraszyć ich i w końcu uzyskać pozwolenie na to czy tamto, co wiązało się zwykle z ograniczeniem wolności i swobód obywateli, oraz inwazją na ten czy tamten roponośny kraj. Podobno jeden z tekstów internetowych Johna zacytował sam Obama jako przykład wywrotowej działalności obywateli USA przeciw własnej ojczyźnie.


Trudno powiedzieć, czy John został z USA zręcznie wypędzony, czy też uciekł, bo miał paranoję, że jest prześladowany. Twierdzi, że służby „zabiły” dwa jego komputery. Co do jednego jest pewien. Oddał go do specjalisty, który powiedział, że nic nie może poradzić, bo gdy jedna z części komputera nagrzewa się podczas włączania, wszystko się wyłącza. Co do drugiego komputera ma podejrzenia, że to robota służb rządowych, ale przyznaje, że raz mu też spadł. W każdym razie na razie pisze ręcznie, ale ze swojej skromnej emerytury przymierza się do kupna komputera. Obawia się, że służby znów mogą mu go zniszczyć, ale ma też nadzieję, że na razie dadzą mu spokój, jeśli nie będzie publikował wywrotowych treści bezpośrednio z niego, tylko zlecał to komuś lub korzystał z komputerów w kafejkach internetowych.

A propos kafejek, John ma również podejrzenia, że służby USA potrafią zablokować dowolny komputer, z którego korzysta, jeśli tylko podłączony jest do internetu i ma kamerkę. W jaki sposób? Podobno mają potężne oprogramowanie do wykrywania rysów twarzy „wrogów publicznych” poprzez kamerki internetowe. Pewnego dnia poszedł do kafejki, usiadł do komputera i ten się zawiesił. Zawołał administratora. Ten siadł i wszystko grało. John usiadł znowu... I znowu nie działało. Wkurzył się i poszedł do drugiej kafejki. Tym razem, zanim usiadł, odwrócił kamerkę i wszystko grało.

Jest jeszcze kwestia pluskwy do namierzania, którą agenci podczepili do podwozia jego wozu w USA oraz skradzionego paszportu, którego mieli dokonać agenci w cywilu na lotnisku. Ale o tym innym razem.


Dwa tygodnie temu John wyprowadził się i nie jest już naszym sąsiadem. Mieszka teraz w Vilcabambie, blisko centrum wsi. Od tej pory go nie widzieliśmy. Dziś w nocy ruszamy nad ocean, więc próbuję się wprosić w odwiedziny z butelką likieru z marakui i ananasa, który wytwarza mieszkający nieopodal Niemiec Hans (o tym ananasie też jeszcze będzie pisane). Jednak John znów ma wyłączony telefon. Cóż, jeśli nie dziś to za tydzień lub dwa.

(ano)

czwartek, 3 lipca 2014

Teorie: Rentowność, podaż i popyt życia

Bardziej refleksja, niż teoria.

-

Wprawdzie wizyty u lekarzy odbywałem sporadycznie, ale próbowałem ostatnio przypomnieć sobie, kiedy wyszedłem od takiego bez recepty na jakiś syntetyczny środek z apteki. Wyszło mi, że chyba nigdy. Nie przypominam sobie, żeby kiedykolwiek lekarz zalecił mi picie rumianku, akupunkturę, masaż, kręgarza, okłady, nasiadówki czy chociażby trochę ruchu.
Jeszcze niedawno mógłbym sam taką wyliczankę wyśmiać. Przecież jak się jest chorym, idzie się do lekarza. Każdy to wie. Każdy lekarz przysięga robić wszystko, żeby pacjentowi się poprawiło. Przysięga przed Hipokratesem i owiniętym wokół krzyża wężem. A więc złamałby taką przysięgę, gdyby przepisał pacjentowi coś, co by mu zaszkodziło. Każdy to wie.

Wszak lekarze czytać umieją. Zdają więc sobie sprawę z ulotek, które do wszelakich leków są dołączane. Wiedzą więc, że jakieś pozornie bezpieczne krople żołądkowe u jednego na sto milionów pacjentów spowodują silną biegunkę z ryzykiem zgonu, a u jednego na tysiąc podrażnienie błony śluzowej. Lekarz i pacjent mają to czarno na białym. Pacjent ryzykuje, bo, po pierwsze, ryzyko jest nikłe, po drugie, przepisał mu to lekarz. Lekarz wie, co robi. Każdy to wie.
Lekarz jest człowiekiem nauki. Musi opierać się na badaniach. Herbatka z mięty też może spowodować biegunkę. Ale chyba nikt nie przeprowadził nad nią badań, więc nie wiadomo, czy biegunka ta wystąpi u jednego na sto pacjentów czy jednego na milion. Dlaczego nikt nie przeprowadził badań? Mięty nie opatentujesz. Co więcej, bardzo łatwo wyhodować taką w ogródku czy nawet doniczce. Producentom leków nie opyla się więc badać jakichkolwiek naturalnych remediów na cokolwiek. Zbankrutowaliby, gdyby ludzie zamiast do lekarzy, zaczęli chodzić do swojego ogródka.

Sytuacja wydaje się nieco absurdalna. Odkąd człowiek jest człowiek, a nawet wcześniej, gdy człowiek był małpa (czy cokolwiek tam człowiek był, nie o tym temat), szukał ów homo remediów na swoje dolegliwości w naturze. Czasem się udawało, czasem nie. Szukanie takich remediów wśród tysięcy syntetycznych produktów, których nie ma w pamięci genetycznej naszego gatunku, to nowość. Na siłę przyzwyczajamy nasze organizmy do nowych syntetyków, zamiast udoskonalać to, co leczyło nas od zawsze.

Syntetyki produkują firmy, którymi rządzą prawa kapitalizmu. Firmy te muszą osiągać zysk. Jeśli okaże się, że nowy produkt nie działa, tak jak zakładano, producent notuje straty. Ponadto produkt musi się sprzedać lepiej, niż konkurencyjny produkt. Tak więc trzeba zatrudnić specjalistów, którzy powiedzą jakiejś komisji lekarskiej, że ten produkt jest lepszy od konkurencji. Domyślam się, że tych już nie obejmuje przysięga lekarska. Poza tym, podobno koncerny produkujące nowe leki czasem same prowadzą nad nimi badania. To jakby przestępca sam sądził swoją sprawę – niby najlepiej wie, czy postąpił źle. Jeśli tak, to według etyki, powinien uznać się za winnego.
Podobno etyka nie powinna pozwalać firmom farmaceutycznym sprzedawać produktów, które mogą szkodzić zdrowiu. A jednak to robią. Wystarczy przeczytać ulotkę dowolnego leku.

Od dawna mam przeświadczenie, że kapitalizm niezbyt dobrze wpływa na sztukę. Artysta podlegający prawom rynkowym to żaden artysta. Nie po to się tworzy te wszystkie odkrywcze, abstrakcyjne fanaberie, żeby musieć potem dbać o to, by dotarły do jak największego grona odbiorców, dały artyście hajs na przeżycie i na gażę promotora, który pcha te abstrakcje w media i tłumaczy im, że dzięki temu media te dotrą do wielu ludzi i w konsekwencji również na tym zarobią. Bzdura. Tym razem temat jest być może nieco bardziej ważki, bo dotyczy zdrowia – tego, jak długo pobędziemy żywi i, przede wszystkim, czy nie będzie to egzystencja pełna trucia swojego organizmu syntetycznymi toksynami, dolegliwości, bólów, depresji i walki o przetrwanie z pokracznymi nieludzkimi tworami, które na tym cierpieniu zarabiają krocie. Mazen mówi, że przemysł farmaceutyczny to drugi największy przemysł na świecie. Myślałem, że na pierwszym jest ropa. Ale nie, jest na trzecim. Na pierwszym jest wojna.

C.d. być może n.

(ano)

Dla złagodzenia klimatu, na koniec kilka fot z naszej ostatniej przechadzki z Johnem i Marzeną.


zmiana perspektywy

eksperymenty z analogowym filtrem (czyt. nowymi okularami Weronki)



wtorek, 10 czerwca 2014

Teorie: Stacja obcych na Księżycu

Jedząc kilka dni temu nachos z guacamole, byliśmy z Weronką zmuszeni wysłuchać wywodu o świętym Graalu, Da Vincim, Illuminati i manipulacyjnych zachowaniach ludzi, którzy ciągle noszą przy sobie Biblię. Prelegentem przy sąsiednim stole był gringo z USA, więc nie sposób było nie słuchać. Mam czasem wrażenie, że większość ludzi w USA musi być jakoś szkolona z emisji głosu, bo ich przekaz z łatwością przedziera się przez każdą warstwę akustyczną. Chcesz czy nie – słuchasz. Treści były dosyć typowe i nieskładne, więc nie chce mi się przytaczać.

W Vilcabambie sporo jest spiskowych teoretyków i innych alternatywnie spoglądających na przeróżne sprawy i „prawdy” indywiduów. Od kompletnych paranoików i klinicznych, acz zwykle niegroźnych wariatów, po zupełnie rozsądnie tłumaczących złowrogie posunięcia władz aktywistów. Większość ma trochę z jednych i drugich.
Pchnęło mnie to, by rozpocząć nową serię – Teorie. Postaram się opisywać rzeczy w miarę konkretnie i bezstronnie.

Zacznę dosyć sensacyjnie. Rzekomo w styczniu b. r. zauważono w okolicy Marsa kilka obiektów, które potem zniknęły z przyrządów i pojawiły się niedaleko Księżyca. Nie wiadomo, co się stało z wszystkimi, poza jednym. Wylądował on po jasnej stronie księżyca i stacjonuje tam do dziś. Podobno można go zobaczyć na Google Moon (przy okazji dowiedziałem się o tej aplikacji), wpisując współrzędne z internetu. Próbowałem, ale coś programowi nie pasował format współrzędnych albo coś, bo nie było takiej lokalizacji.
W każdym razie łatwo zgooglować rozmazany obiekt w kształcie litery „L” z równo rozmieszczonymi reflektorami. Rzeczywiście nie wygląda to jak naturalna formacja skalna, ale może to błąd aplikacji albo cyfrowej fotografii? Albo tajna baza ludzi na Księżycu? Jednak obiekt jest dużo większy od największych maszyn latających, jakie zbudował człowiek. Wiadomo tyle, że najbardziej ekscytująca jest teoria, że kosmici przylecieli nas podglądać.
Pytanie, czemu NASA nie zrobi ostrzejszego zdjęcia miejsca, w którym przycupnął tajemniczy obiekt. Nikt nie uwierzy, że nie mają technologii. Rozwiałoby to wątpliwości, przynajmniej tych mniej zwariowanych ciekawskich. Odpowiedź Johna: oczywiście mają takie zdjęcia, ale obywatele nie mogą się o nich dowiedzieć. Wszak dowód na istnienie bardziej rozwiniętej, bo odbywającej podróże kosmiczne cywilizacji, zburzyłby wszelki autorytet obecnych rządów na Ziemi. A, według Johna, rząd USA stał się nieludzką kreaturą, próbującą za wszelką cenę sprawować jak najskuteczniejszą kontrolę nad obywatelami. Ale o tym innym razem.
Tak więc NASA – czekamy na zdjęcia; kosmici – czekamy na jakieś ruchy.

(ano)

Źródło: http://metrouk2.files.wordpress.com