Pokazywanie postów oznaczonych etykietą vilcabamba. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą vilcabamba. Pokaż wszystkie posty

sobota, 13 grudnia 2014

Laika - ostatnie pożegnanie

Łajka była pierwszym psem w kosmosie. Niestety nie dało jej to sławy, którą mogłaby się cieszyć za życia, bo nigdy nie wróciła ze swojej misji samobójczej.

Laika była najstarszym psem w hosterii. Staruszka miała prawie 17 lat. W swoim życiu szczenięta wiła ośmiokrotnie, za każdym razem po 10 małych... Albo dziesięciokrotnie po osiem? W każdym razie jedno z dwóch, jak twierdzi menago Raik.
Laika jest królową i wielką matroną psiego narodu Vilcabamby... Albo wielką ladacznicą, zależnie od interpretacji. Odwiedzając tych i owych w Vilcabambie, poznaliśmy dwoje jej potomków – dzieci lub wnuków. Czy widzieliśmy więcej, nie wiedząc, że to jej? Nie sposób stwierdzić.

jedno z jej dzieci lub wnucząt mieszka wśród wielorasowej gromadki psów u szamanki wachumy Felicii...

...drugie u Meredith - tu podczas wieczoru muzycznego w Monte Sueños 

Gdy opuszczaliśmy Vilcabambę na rzecz Kolumbii, babcia Laika miała się nieźle, czasem nawet skora do zabawy, mimo pewnej sztywności kończyn. Gdy wróciliśmy, a była to niedziela, dowiedzieliśmy się, że dopiero co w piątek zeszła. Zakopano ją obok studia jogi, pod otoczoną białymi kamykami sadzonką drzewa.


Do zobaczenia w kosmosie, Laika.

(ano)

niedziela, 19 października 2014

Gastro-post

Vilcabamba jest specyficzna również pod względem gastronomicznym. Zwykle tej wielkości pueblo w Ekwadorze to flaki z olejem. Jeśli w ogóle jest jakaś jadłodajnia, to zwykle tanie almuerzo, podające tylko duży lunch – menu dnia, do tego kilka dań na szybko z karty, dwa razy droższych. Almuerzo to zupa (zwykle z mięsem lub na rosole), drugie (zwykle kopiec ryżu z kilkoma kawałkami mięsa, do tego ewentualnie yucca, odrobina klusek z sosem i kilka gotowanych warzyw) i sok (rozwodniony, sporo cukru lub paneli), czasem deser. Almuerzo zawsze jest tanie i spore, ale najczęściej to jedyne plusy. Natomiast we wsiach lub przy drodze to co najwyżej asaderos, czyli pełne mięsiw grille na wpół na powietrzu, na które czasem rzuci się też platana. Często uśmiecha się stamtąd świński ryj, co sygnalizuje świeżą fritadę, a w bardziej wykwintnych asaderos straszy rozciągnięta jak na łożu madejowym pieczona świnka morska, czyli cuy.

A Vilcabamba? Dziesiątki jadłodajni – od almuerzo przez kuchnie międzynarodowe (meksykańska, włoska, syryjska...) po najwyższą półkę, czyli Cafe Cultura. Ogarniający to miejsce Yasu to master chef szkolony w Nowym Jorku pod okiem mistrza Jean Georgesa.

Dygresja.
Co ciekawe, spotkałem się z postacią Jean Georgesa, tłumacząc któryś z kolejnych odcinków bzdurnego doku-reality pt. Dangerous Grounds („Niebezpieczne tereny”). W tym odcinku misją prezentera, znerwicowanego paranoika zajmującego się outsourcingiem kawy do USA z różnych stron świata, jest zdobyć meksykańską kawę dla nowej restauracji Jeana Georgesa. Serial ma mnóstwo nieprzekonywujących suspensów i próbuje wmówić widzowi, jakim niebezpiecznym zajęciem jest to szukanie kawy, oraz jaki groźny jest ten „trzeci” świat. Ale wszak serial produkuje się w ojczyźnie współczesnej paranoi na punkcie bezpieczeństwa.
Koniec dygresji.

Yasu otwiera Cafe Cultura tylko dwa razy w tygodniu. Czwartkowy wieczór poświęcony jest zwykle menu kontynentalnemu, a sobotni – azjatyckiemu. Pięciodaniowa uczta kosztuje 16$. Sporo za jeden posiłek. Ale tanioszka za zjadanie dzieł sztuki, nie tylko pod względem smaku, ale też wyglądu. Yasu to nie kucharz lecz artysta, a przy tym skromnie prezentujący się, miły gość.
Cafe Cultura odwiedziliśmy z Weronką po 3 razy. Dwa z trzech razy były dla mnie jednymi z milszych doznań kulinarnych w życiu. Ten trzeci to menu azjatyckie – też było pyszne, ale chyba nie jestem fanem imbiru, który przewijał się przez prawie wszystkie dania. Poza tym ten tajski rosół pho to jednak lurowaty, a wolę zupy z treścią, a najlepiej kremy.

Pięciodaniowe menu może także nauczyć czegoś w temacie etykiety. Każdy wie co to przystawka, zupa, danie główne czy deser. Ale amuse bouche? No więc sprawdziłem. Okazuje się, że to rodzaj malutkiej przystawki, którą możesz schrupać jednym gryzem (jeśliś troglodyta). Ma ona zasugerować gościowi podejście mistrza do sztuki kulinarnej i styl następujących po niej dań. I rzeczywiście łączące się w amuse bouche smaki przewijają się później w daniach Yasu.






Chyba Zappa powiedział, że rozmawiać o muzyce to jak tańczyć o architekturze. Podobnie może być z próbą przedstawienia smaku poprzez foty czy tekst. Ale gdy w poniedziałek przychodzi mi na maila menu na ten tydzień, wyobraźnia od razu zaczyna degustację. Bo jak można przejść obojętnie koło takiej poezji jak:
- tomato-jelly sweet-potato salad
- home made spring roll carrot citrus dressing
- avocado-wrapped vegetarian sushi roll (asparagus, crushed macadamia nuts, honey mustard)
- slow roasted salmon miso-mustard glazed over grilled asparagus
...i desery:
- sesame-caramel tapioca pudding in strawberry water syrup
- lemon passion-fruit meringue tart
- apple-cider caramel almond tart with home made ice cream
(Angielski, który ma znaczyć i smakować, to dla mnie wyzwanie. Nie tłumaczyłem, aby nie zagubić w tłumaczeniu.)

Dla kontrastu z powyższymi zdjęciami, kontrasty.

Kontrast 1.
Nasze drugie śniadanie w hosterii wyglądało zwykle mniej więcej tak:


Co nie znaczy, że nie było smaczne. Było. Smak guacamole, sałatki ryżowo brokułowej i razowych zapieksów z masłem czosnkowym nieco pospolity, ale świeży, zdrowy i tchnięty dobrą energią kucharki/kuchcika. Z tym że bez wybujałych aspiracji estetycznych.

Kontrast 2.
Kofta jakaśtam w restauracji Taj Mahal w Cuenca:


Również bardzo smaczna. Tym razem smak bardzo wyraźny i wielopoziomowy. No i tanioszka – płacisz coś koło 4$ i, czekając na danie, możesz zacząć napychać się ze szwedzkiego stołu z przystawkami – niektóre do niczego, ale niektóre niezłe.

Kontrast 3.
Czyli kolumbijski dodatek albo bzdurny (przynajmniej w tym przypadku) tytuł Miasta Gastronomii UNESCO. Padaka. Ale o tym innym razem, żeby nie psuć apetytu.

Smacznego.

(ano)

niedziela, 28 września 2014

Temazcal czyli hardkorowa babcia sauny

Ceremonia oczyszczania odbywa się w tak zwanej sweat lodge, czyli „szałasie potu”. W Vilcabambie są dwa miejsca, które się tym zajmują. Ja wybrałem się do centrum medytacji razem z nowym ogrodnikiem wolontariuszem hosterii – Niemcem Lotharem (to ten dzierżący truchło węża w poście Psy i ludzie). Bernard z centrum medytacji organizuje temazcal w każdą drugą i czwartą sobotę miesiąca.

Szałas to szczelnie przykryty kocami, prosty drewniany szkielet. Kilka godzin przed ceremonią rozpala się ognisko, żeby rozgrzać do czerwoności kamienie, które podczas ceremonii trafiają do szałasu.


Tym razem przyszło aż 20 chętnych osób, co oznaczało ścisk i niemożliwość siedzenia po turecku. Najpierw wchodzą panie, potem panowie. Przed wejściem, każda osoba owiewa się dymem z ogniska, a wchodząc mówi a'homi tako'jassi (zapis fonetyczny), co oznacza 'dla wszystkich, których znam'. 'Zaklęcie' to jest często powtarzane również w trakcie ceremonii.

Ceremonia składa się z czterech vueltas (wejść) lub puertas (drzwi). Pierwsza jest na rozgrzewkę. Gdy wszyscy usadzą się na swoich miejscach, pomocnicy wrzucają do środka kilka dużych, rozgrzanych do czerwoności kamieni, które następnie prowadzący ceremonię posypują wonną mieszanką roślinną, głównie tytoniem i bardzo popularnym w Ekwadorze drewnem eteryczno-leczniczym palo santo ('święte drzewo' - Bursera graveolens). Spalając się podczas kontaktu z gorącymi kamieniami, mieszanka ładnie iskrzy. Na początku każdej kolejnej vuelty do środka wrzucane są nowe kamienie.

Gdy już kamienie i wiadro wody wjadą do środka, wejście do szałasu też jest uszczelniane i zaczyna się pocenie, polewanie kamieni wodą, granie na bębnie i ceremonialne śpiewy w całkowitej ciemności, w której widać tylko rozżarzone (do czasu polania wodą) kamienie. Bernard zachęcał do wpatrywania się w nie, bo to w tym miejscu mają pojawiać się potencjalne wizje. Pierwsza vuelta trwała chyba tylko kilka minut (nie myśli się o czasie), ale po jej zakończeniu wszyscy byli już porządnie spoceni, a co słabsi lub bardziej spanikowani leżeli bliżej ziemi, gdzie było odrobinę chłodniej. Po każdej vuelta namiot jest otwierany z dwóch stron na kilka do kilkunastu minut, żeby wpuścić trochę chłodnego powietrza.

Druga vuelta jest najdłuższa, bo poświęcona modlitwie. Po kolei każdy uczestnik głośno modli się, zwykle o zdrowie i szczęście swoje, bliskich i dalszych znajomych.
W odróżnieniu od ceremonii z udziałem psychodelików, najwyraźniej ta ceremonia nie została wykorzeniona z lokalnej tradycji. Ponad połowę uczestników stanowili miejscowi, poza tym kilkoro gringów i Europejczyków.
Zaskoczyło mnie nieco, że ten skądinąd rytuał 'pogański' (ignoranckie to uproszczenie) i 'prekolumbijski' (a to z kolei europocentryczne) najwyraźniej nie został również dotychczas zaatakowany przed kościół katolicki. Co więcej, chyba zaszła pewna zdrowa synergia. Podczas vuelty modlitw, prawie połowa uczestników kierowała modlitwy do boga, ewidentnie mając na myśli jedynego boga monoteistycznego. Większość modlitw była prosta, typu: „zdrowia i szczęścia dla rodziny, w szczególności mojej chrześnicy, i żeby szwagier przestał tyle pić”. Ale była też jedna gringula, co modliła się o przetrwanie zagrożonych gatunków gdzieś tam w Afryce.
Pod koniec drugiej vuelty tylko najtwardsi nie leżeli na ziemi. Ja leżałem. Niektórzy zapewne skorzystali z rady Bernarda, że jak jest bardzo źle, to trzeba zwinąć się w płód i przyłożyć rękę do ust i nosa tak, żeby oddychać najchłodniejszym powietrzem tuż ponad matką ziemią.
Swoją drogą część symboliki temazcalu to powrót do łona Pachamamy, gdzie następuje oczyszczenie, a koniec ceremonii to ponowne narodziny – nie żadna radykalna zmiana, ale jakaś.

Po otwarciu szałasu kilka osób wyszło. Bernard mówił, że 'przerwanie kręgu' nie jest dobre dla ceremonii i bywają temazcale, z których taita (z quichua 'ojciec' – curandero prowadzący temazcal  lub inne ceremonie) zabrania wychodzić, ale oni takich nie prowadzą. Mówił, że sam brał udział w 500 ceremoniach i wyszedł może trzy razy. Ja też wyszedłem, bo pęcherz mnie cisnął. Potem dowiedziałem się, że o pełny pęcherz nie należy się martwić, bo podczas pocenia się potrzeba w końcu ustaje. W każdym razie te 40 metrów do łazienki i z powrotem pokonałem nieco się zataczając.
Gdy już wszyscy wrócili na swoje miejsca (poza dwojgiem uczestników, którzy czmychnęli), do szałasu wjechały szklanki wody. Każdy wypił przynajmniej dwie duże szklany, a niektórzy wylali sobie na głowę dodatkowe kilka.

Trzecia vuelta miała być najbardziej hardkorowa, ale też najkrótsza. Taka też była. Dosłownie po kilkunastu sekundach uderzył mnie żar, który natychmiast przeczyścił moje zatoki (niestety nie na stałe). Po minucie leżałem już na ziemi. Było za ciasno, żeby zwinąć się w kłębek, a palenisko było zbyt blisko, żeby wyciągnąć nogi, więc czułem jak kolana, które trzymałem w górze, płonęły.
Bernard uczył się prowadzenia ceremonii od Indian z rezerwatu. Przejął od nich nowszą tradycję, według której ta najmocniejsza część ceremonii poświęcona jest ulżeniu cierpieniom kobiet i dzieci na całym świecie. Uczestnicy ceremonii powinni podejść do tej vuelty nie jako do cierpienia, ale poświęcenia swojego komfortu, aby dzięki temu kobiety i dzieci uzyskały ulgę w swoim trudnym losie. Ta nowsza tradycja Indian wiąże się przede wszystkim z okropnym spustoszeniem, które w północnoamerykańskich rezerwatach uczynił alkohol i inne narkotyki, a co za tym idzie powszechna przemoc w rodzinie.

Trzecie wejście trwało najwyżej trzy minuty. Co ciekawe, połowa uczestników ledwo dyszała, ale nikt nie wyszedł. Bernard uspokajał wszystkich, że czwarta będzie dłuższa, ale już nie tak mocna. A poświęcona jest uzupełnieniu modlitw (jeśli ktoś zapomniał wspomnieć o czymś ważnym podczas drugiej vuelty) i śpiewom ceremonialnym. Pod koniec czwartej vuelty Bernard zachęcił każdego, kto jeszcze nie zwinął się w płód, że teraz ma ostatnią szansę na zadośćuczynienie symbolicznemu wymiarowi ceremonii.

Po wyjściu z szałasu kilka minut dochodziłem do siebie, a potem kolejne kilkanaście brałem prysznic, ubierałem się i zbierałem mandżur. Przed ceremonią zastanawiałem się jeszcze, czy aby nie pójść potem na koncert, ale nie było możliwości. Skoczyliśmy z Lotharem na taniego i smacznego naleśnika z warzywami do Natural Joghurt, i zmyliśmy się na chatę. Tam sprawdziłem, czy Weronka daje sobie radę z barem i uciekłem spać, bo jednak głowa lekko mnie bolała z odwodnienia. Następnego dnia nie czułem jakiegoś wyjątkowego wzrostu wydolności, ale też żadnych skutków ubocznych.


Kilka dni później trafiliśmy z Weronką na kolejny temazcal, otwierający całonocną ceremonię z okazji jesiennego przesilenia. Różnic było sporo. Bardzo sporo. Ale o tym następnym razem.

(ano)

piątek, 19 września 2014

Drobne nostalgie

Na zakończenie relacji z naszego niemal 5-miesięcznego pomieszkiwania w Vilcabambie kilka nostalgicznych fot. Bywało obłędnie pięknie, ale czas już ruszyć dalej. Wyjeżdżamy jutro z rana, by dotrzeć do starej szamańskiej finki Zhurac Pampa w Susudel na całonocne tańce z okazji jesiennego ekwinokcjum.
A potem zobaczymy.
(w)


















wtorek, 15 lipca 2014

Rumi Vilco

Rumi Vilco to prywatny rezerwat przyrody w Vilcabambie prowadzony przez dwóch Argentyńczyków. Wytyczyli oni u siebie sieć ścieżek edukacyjnych. Różne rośliny na trasach mają powywieszane tabliczki ze swoimi nazwami łacińskimi, lokalnymi i czasem angielskimi. Można się więc upewnić i dobrze przyjrzeć lokalnym gatunkom, takim jak drzewa vilco (od którego pochodzi nazwa Vilcabamba) i akacja, kaktusy wachuma i opuncja, krzaki kawy arabiki i różne takie.
Rezerwat ma duże różnice wysokości, co sprzyja różnorodności roślinności, mimo relatywnej niewielkości włości.
Na terenie stoi też kilka chat. Można w nich pomieszkać w spartańskich warunkach, ale za to tanio (3-5 $ za noc), w przyjemnym spokoju acz blisko centrum wsi (z 15 min. pieszo).
Poniżej kilka fot ze spaceru.

(ano)









piątek, 11 lipca 2014

La vida normal, czyli nasza codzienność

Nasza codzienność w Vilcabambie jest niezwykle spokojna. Nadal lubimy długo spać, ale zawsze budzimy się przed dziesiątą, żeby zdążyć na śniadanie. Na śniadanie jemy sałatki owocowe, granolę z jogurtem i kanapki z dżemem. Nauczyliśmy się tu jeść obfite śniadania, jeść spokojnie i powoli, rozsmakowując się w nich – jest to zdrowe, daje dużo energii, i potem organizm nie potrzebuje już wielkich posiłków, których nie zdąży strawić do nocy.
Potem Ano ma zwykle jakąś pracę online, zarabia anioł na nasze przyszłe podróże; ja nadal uczę się hiszpańskiego, coraz bardziej efektywnie. Ostatnio czytam baśnie po hiszpańsku, przez co poznaję wiele uroczych i zarazem nieprzydatnych słów i sformułowań, jak np. abuelita tiene un vestido de una seda tan tupida, que cruje cuando anda, tj. w wolnym tłumaczeniu: babunia ma sukienkę z jedwabiu tak gęstego, że trzeszczy, gdy się porusza. 
To więcej frajdy niż uczyć się z podręczników, czy tylko z pełnych kolokwializmów i uproszczeń rozmów. No i składnia jest super poprawna.

Sporo też czytamy.. nie tylko Huxleya:)

Jak jest ładna pogoda, można popływać w basenie i się poopalać. Albo pobujać się na hamaku w cieniu, co kto woli. Ano zwykle woli hamak i przez to nadal tu i tam jest blady jak mleko, mimo że mieszka na równiku. Ja lubię uczcić słońce od czasu do czasu.

O czwartej mamy jogę, dwa razy w tygodniu na hamakach, w pozostałe dni.. chciałabym powiedzieć klasyczną, ale nie jest ona klasyczna. Południowoamerykańska odmiana jogi bywa trochę zbliżona do aerobiku. Nie wykonuje się wielu super asan, od tysięcy lat przynoszących wymierne korzyści dla ciała, za to dużo jakichś kombinowanych sekwencji, w których jedna pozycja dość szybko przechodzi w kolejną, w związku z czym człowiek nie ma czasu ugruntować się w jednej asanie, ustawić prawidłowo ciała, poczuć pracy poszczególnych grup mięśni. Stąd w końcu mam motywację, by ćwiczyć samodzielnie. Strasznie fajnie jest ćwiczyć samemu, gdy ma się już pewną wiedzę na temat jogi i na temat własnego ciała. Wiesz dokładnie, w jaki sposób wykonywać poszczególne asany, by przynosiły optymalne korzyści, oraz co się z czym je, czyli jak konstruować sekwencje asan; wiesz, czego twoje ciało najbardziej potrzebuje, gdzie jest bardzo sprawne, a gdzie najsłabsze i potrzebuje wzmocnienia. I umiesz mu to dawać.

Potem ja sprzątam bar, a Ano przygotowuje jedzenie. Pięknie rozwinął tu swój zmysł kulinarny. Jest mistrzem pizzy, lazanii, i innych dań makaronowych. Tutejsza kuchnia ma niebagatelne plusy – jest duża, dobrze zaopatrzona, i w zasadzie wszystko jest przygotowane bezpośrednio do użycia – warzywa pokrojone, makaron i ryż ugotowane, sosy przygotowane, ciasto ugniecione, itp. Zatem sztuką jest tu tylko odpowiednia kompozycja składników na danie i wrzucenie ich do garnka, pieca bądź na patelnię. Jednak jest też jeden duży minus – kuchnia jest pełna rozwrzeszczanych kucharek. I to absolutnie zawsze. Są wszędzie, ciągle plotkują, zaśmiewają się, i patrzą ci na ręce, gdy coś przygotowujesz. Patrzą sceptycznie, mówiąc oględnie. Ja czuje się tam na tyle nieswojo, że się poddałam i większość jedzenia przygotowuje Bartek, który w większym stopniu ma na to wyjebane.

O siódmej otwieramy bar. Przez kilka pierwszych tygodni uwielbialiśmy tę pracę, poznawaliśmy dużo mega ciekawych osób, i było naprawdę interesująco. Niestety, człowiek to zwierzę nużące się. Wszystko może się przejeść. Ostatnio na horyzoncie z rzadka pojawiają się sympatyczne osoby, z którymi coś zaiskrzy i od pierwszego zdania ma się ochotę spędzić całą noc na rozmowie... Częściej przy barze zasiadają znudzone pary bądź większe grupy ludzkie w różnym wieku (od nastolatków do emerytów; wszyscy potrafią być nudziarzami), i oczekują, że będziemy ich zabawiać konwersacją, entuzjastycznie opowiadać o sobie, oraz z szeroko otwartymi oczyma wysłuchiwać ich historii. Generalnie bardzo lubię ludzi, ale ile można? Na szczęście ostatnio przez hosterię przewija się niewielu turystów, więc udaje się zaoszczędzić trochę cierpliwości, świeżych opowieści i zainteresowania innymi na przyszłość. W końcu kto wie, kogo jeszcze poznamy.

(w)


Nieve, czyli snieg. Żarłoczna labradorka. Krąży opowieść, że udało jej się kiedyś
zakraść do kuchni i zjeść na raz 20 porcji kurczaka

Amy, siostra Nieve. Dziewczyny stanowią miejscową reprezentację yin i yang

Panchita


! Skaczący pająk! Ten jest maleńki,ale można rozpoznać
wizualne cechy charakterystyczne.


Tutejsza flora, ochrzczona przez Mazena UFO flowers. Płatki tych kwiatków są pono halucynogenne;
można je palić w lufce.

Oto osioł, który często pasie się na cmentarzu


Prawie wszyscy jeżdżą tu datsunami. W tle Mandango, magiczna góra Vilcabamby.
To nad nią często można zaobserwować UFO.

Tęcza vilcabambska. Takie widoki co najmniej raz na tydzień
.