niedziela, 14 grudnia 2014

Mariposario

W rezerwacie Paway w Mocoa, o którym wspomniałam w poprzednim poście, znajduje się niewielkie mariposario, czyli motylarnia. To drugie mariposario, które odwiedziliśmy. Pierwsze, dawno temu w Ahuano, było znacznie piękniejsze, rozleglejsze i miało więcej okazów. Nigdy nie wrzuciliśmy zdjęć stamtąd, więc robię to teraz.

W mariposario można zaobserwować pełny cykl życia motyla: od jajeczek, przez gąsienice (tych akurat nie spotkaliśmy w motylarni, widzieliśmy natomiast kilkanaście w dżungli), poczwarki, do imago, czyli dorosłych osobników. W stadium gąsienicy motyl rośnie i tyje; szama wtedy podobno jak najęty i dużo się przemieszcza. Natomiast jako poczwarka przestaje przyjmować pokarm i nieruchomieje. Wtedy trwa proces przeobrażenia w imago.

Niektóre południowoamerykańskie gąsienice dysponują substancjami parzącymi, inne paraliżującymi. Nasz przewodnik w Cuyabeno na samym początku wyprawy do dżungli ostrzegł nas, że gąsienice to jedne z najniebezpieczniejszych stworzeń, jakie spotkamy. W razie bezpośredniego kontaktu godziny cierpień, gorączki lub krwotoki gwarantowane.

Motyle, w zależności od gatunku, mogą żyć od kilku godzin do paru miesięcy.

Największe i najpiękniejsze motyle amazońskie to Morpho Peleides. Z zewnątrz wyglądają niepozornie, barwy mają raczej ochronne. Natomiast gdy otwierają skrzydła, objawia się niebywały błękit. Gdy fruwają, są piękne jak z baśni. Ta cudowna barwa po wewnętrznej stronie skrzydeł to nie prawdziwy kolor, lecz efekt odbijania i rozpraszania światła przez miliony łusek na motylich skrzydłach. 
Rozpiętość skrzydeł Morpho waha się od 7,5 do 20 centymetrów. Są większe od niektórych ptaków.
Pełen cykl życia Morpho, od jajeczka do śmierci imago, wynosi 115 dni. Dorosły osobnik żyje około miesiąca. Jak na motyla, to bardzo długo.

(w)


wygląda na to, że w mariposario motyle często ze sobą walczą; stąd te poharatane skrzydełka

motyle z gatunku Morpho


motyle jaja
dżunglowa gąsienica
i kolejna
kolekcja poczwarek


i jeszcze inny gatun dżunglowych motyli

sobota, 13 grudnia 2014

Laika - ostatnie pożegnanie

Łajka była pierwszym psem w kosmosie. Niestety nie dało jej to sławy, którą mogłaby się cieszyć za życia, bo nigdy nie wróciła ze swojej misji samobójczej.

Laika była najstarszym psem w hosterii. Staruszka miała prawie 17 lat. W swoim życiu szczenięta wiła ośmiokrotnie, za każdym razem po 10 małych... Albo dziesięciokrotnie po osiem? W każdym razie jedno z dwóch, jak twierdzi menago Raik.
Laika jest królową i wielką matroną psiego narodu Vilcabamby... Albo wielką ladacznicą, zależnie od interpretacji. Odwiedzając tych i owych w Vilcabambie, poznaliśmy dwoje jej potomków – dzieci lub wnuków. Czy widzieliśmy więcej, nie wiedząc, że to jej? Nie sposób stwierdzić.

jedno z jej dzieci lub wnucząt mieszka wśród wielorasowej gromadki psów u szamanki wachumy Felicii...

...drugie u Meredith - tu podczas wieczoru muzycznego w Monte Sueños 

Gdy opuszczaliśmy Vilcabambę na rzecz Kolumbii, babcia Laika miała się nieźle, czasem nawet skora do zabawy, mimo pewnej sztywności kończyn. Gdy wróciliśmy, a była to niedziela, dowiedzieliśmy się, że dopiero co w piątek zeszła. Zakopano ją obok studia jogi, pod otoczoną białymi kamykami sadzonką drzewa.


Do zobaczenia w kosmosie, Laika.

(ano)

czwartek, 11 grudnia 2014

Uważaj na anakondy na macrolabiach

W rezerwacie Cuyabeno jest 12 obiektów turystycznych (więcej ma nie być), więc kręci się sporo przewodników. Pływają łódkami i wypatrują rzadziej spotykanych gatunków dla swoich turystów. Nie ma wśród nich konkurencji, jest współpraca. Gdy jeden dojrzy na przykład anakondę, dzieli się tą informacją ze znajomymi, obok których przepływa. Wici rozsyłane są szybko, bo zwykle po pół godziny znudzona atencją anakonda ukrywa się w jakimś innym miejscu.

Pewnego razu jeden z przewodników wypatrzył wielką anakondę, i to na lądzie, gdzie bywają rzadko. Może szła do lasu zrzucić skórę, albo co. Wrócił do swojej lodge, zarządził zbiórkę turystów i ruszyli na łowy. Po dwóch godzinach męczącego marszu po lesie, w końcu ją znaleźli. Tylko że wąż był w większości ukryty w jamie. Turyści emeryci z grupy zaczęli kręcić nosem, że tyle godzin ich męki na nic. Tak więc przewodnik zdecydował się na karkołomny pomysł, żeby wypłoszyć gada z jamy. Atakując lub strasząc wroga na lądzie, anakonda potrafi podnieść połowę swojego ciała do góry. Skończyło się na tym, że przewodnika goniło wkurzone, czterometrowe drzewko i wszyscy musieli uciekać.

Anakonda to jedno z najbardziej szanowanych przez autochtonów stworzeń dżungli, jeden z symboli Amazonii. Pojawia się w wizjach szamanów i legendach, ludy oddają mu cześć i wierzą, że jest to wyższa forma bytu, niźli długaśny gad czy człowiek.
Anakondy osiągają 8 metrów długości i grubość tęgiego drzewa. Nie są groźne dla człowieka, chyba że zajdzie jakaś pomyłka lub zostaną sprowokowane. Małe dzidzi może połknąć koguta dzięki czterem zawiasom w żuchwie. Duża anakonda spokojnie połknęłaby nawet otyłego turystę. Kolejną kosmiczną ciekawostką jest to, że po zeżarciu kilkudziesięciokilowego zwierza, anakonda potrafi wpaść w trwający nawet rok letarg. Trawi ten czas na trawienie zdobyczy i odwiedzanie ayahuaskowych wizji curanderos i ich pacjentów.

Jednego spektakularnego dnia w rezerwacie Cuyabeno udało nam się ujrzeć aż dwie anakondy. Pierwsza była dzieckiem (1-1,5 metra) i musieliśmy czekać w kolejce, aż poprzednia łódź z turystami dobrze ją obejrzy i obfotografuje.



Po południu tego samego dnia otrzymaliśmy drugą cynę. Tym razem chodziło o większy okaz, który wypełzł wygrzewać się na gałęzi nad Laguną Grande. Wśród nas była pani, która bała się gadów, ale na szczęście nie protestowała, gdy podpłynęliśmy łodzią na 2 metry. Siedziała cichutko, tak jak anakonda, i zasłaniała twarz ręką.

a na pysku siedzi jej motyl z tego posta 
"trochę się śmieję, a troche'm wydygana"

Wielka gadzina siedziała chyba na gałęzi macrolobium, które porastają piękną Lagunę Grande. Drzewa te są zazwyczaj pustawe wewnątrz pnia, porośnięte różnymi pasożytami, w tym orchideami, i przez większość roku zatopione, czasem aż po koronę. Rosną one na nieżyznej ziemi gliniastej, ale zapewniają sobie składniki odżywcze dzięki korzeniom, którymi potrafią sięgać w promieniu kilku kilometrów.






No to uważajcie na siebie i anakondy.



Pozdro Młynarz i Magda.

(ano)