Pokazywanie postów oznaczonych etykietą substancje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą substancje. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 3 maja 2015

Gabinet „magii”

Dawno to było, bo w styczniu...

Tnąc koszty naszej powolnej podróży, która coraz mniej przypomina podróż, a coraz bardziej pomieszkiwanie tu i ówdzie, no więc tnąc te koszty, podjęliśmy się dwutygodniowego wolontariatu. Zajęliśmy się domem pewnej Francuzki i Peruwiańczyka. Ona chciała w końcu zacząć pisać doktorat, więc potrzebowała czasu. Mąż go nie ma, bo jest szamanem z ludu Shipibo i artystą. Wiecznie zajęty. Jak nie szykuje się do ceremonii, to odpoczywa po niej. Jak nie ma żadnej w planach, to szuka chętnych. Jak nie maluje, to jara. Rzadko go widywaliśmy w domu. Do tego mają trzy córki, więc jest co robić.

Było to na uboczu pueblo Taray, które leży pół godziny piechotą od Pisacu

Pewnego dnia sprzątałem ceremonialny pokój pana ayahuasqero i przy okazji zrobiłem kilka zdjęć jego prac. Co ciekawe, to jedne z tych obrazów, co na zdjęciu wyglądają lepiej, niż na żywo. Z bliska infantylność szczegółów zaczyna razić nieco bardziej, niż z daleka.
Ale ja tu nie po to by zgrywać krytyka sztuki. Szczególnie, że Shipibo mają sztukę/rzemiosło pełne symboliki, której nie kumam. Niech wibracja kolorów przemówi sama za siebie. Nie zamierzam też być złośliwy, więc wybrałem prace, które uważam za lepsze. Wszystkie rzekomo inspirowane ayahuaskowymi wizjami, rzecz jasna.






To akurat nie z gabinetu, lecz jego mural z Pisacu

I jeszcze bonus: dwie foty "przemiotów mocy" z gabinetu.


(ano)

wtorek, 7 kwietnia 2015

Kambô kombo

Kambô to żaba amazońska. Gdy czuje się zagrożona, wydziela przez skórę jad. System obronny. Autochtoni korzystają z tej trucizny, żeby oczyścić organizm i wyostrzyć zmysły przed polowaniem. Ma mieć zbawienny wpływ na układ immunologiczny i chronić przed wieloma poważnymi chorobami, aż do Parkinsona włącznie.
Terapią kambô w Pisac zajmuje się Adrian. Korzysta on z jadu giant monkey frog (Phyadponllomedusa bicolor) zawierającego ponad 200 biologicznie czynnych peptydów (cokolwiek to oznacza).
Nasi przyjaciele Shir i Itamar opowiadali nam o tym lekarstwie już w Vilcabambie. Podobno od swojej terapii czują się dużo silniejsi, potrzebują mniej snu i jedzenia. Bardzo polecali, więc w końcu się skusiłem.

Poleca się, aby przeprowadzić trzy sesje z żabą, za każdym razem zwiększając dawkę jadu. Pierwsze dwie sesje były dla mnie dosyć znośne. Widocznie miały mnie przygotować do ostatniej. Opiszę tylko ją, bo najwięcej fajerwerków.

O 10 rano odwiedziłem Adriana w tzw. Gringoville – osiedlu kilku ładnych domków na najdroższych „przedmieściach” Pisacu. Poza mną, w sesji uczestniczyli znani mi z aya-ceremonii Mike i Grace. Oto oni po prawej na tym zdjęciu.


Na początek, jak zawsze, wypiliśmy po ponad 2 litry wody. Następnie Adrian otworzył ceremonię, poprosił kambô, aby była dla nas łaskawa w swych leczniczych właściwościach, zachęcał, abyśmy skupili się na intencjach na ceremonię, i takie tam oczyszczanie i energetyczne przygotowywanie przestrzeni. Następnie, przy pomocy rozgrzanego patyczka, nadpalił każdemu z nas naskórek na ramieniu lub nodze. Mike'owi i Grace po 5 „punktów”, bo była to ich pierwsza sesja po dłuższej przerwie. Już kiedyś zmagali się z kambô. U mnie nadpalił 7, bo na poprzednich dwóch sesjach przeżyłem już odpowiednio 3 i 5 punktów. Z przypalonych miejsc zdrapał naskórek drewnianym widelczykiem, po czym zaaplikował w te punkty jad.

Jak zwykle, u wszystkich działanie zaczęło się szybko. Ja już po kilku minutach miałem mdłości i podłe samopoczucie. Standard. Po niecałych 10 minutach wszyscy wymiotowali do własnych podręcznych wiaderek. Ja, jak zwykle, wymiotowałem kilka(naście?) razy, na początek tylko wodą, potem dodatkowo mnóstwem żółci. Zgodnie z zaleceniami, byłem bez śniadania i po lekkiej kolacji dzień wcześniej, więc nie było tam żadnych pokarmów towarzyszących. Każde kilkanaście sekund przerwy starałem się wykorzystać na picie wody – zalecenie lekarza, które ma ułatwić dalsze czyszczenie. Woda jest tu „pojazdem”, do którego wsiadają różne trucizny z wątroby, śledziony, oraz sam jad żaby. Następnie ów pojazd uruchamia swoje silniki odrzutowe i pa pa nieczystości. I tak aż do skutku – aż organizm zneutralizuje jad, pozbywając się przy okazji zalegającego tam od lat brudu.

Tymczasem w tle Adrian machał grzechotką, dosyć wojowniczo bił w bęben, grał na flecie i śpiewał wychwalające kambô pieśni. Wibracje miały pomóc w bitwie i oczyszczaniu.


Gdy Adrian zauważył, że ktoś nazbyt się męczy i nawet picie wody nie pomaga, oferował mu kolejne lekarstwo zwane rapé. Jest to specjalna tabaka – mieszanka amazońskiego tytoniu (Nicotina rustica), popiołu różnych drzew oraz suszonych i zmielonych na proch ziół. Curandero wdmuchuje rapé pacjentowi rurką w kształcie „V” (czasem po prostu wydrążonym ze szpiku rogiem jakiegoś koziołka). Najpierw strzał do lewej dziurki nosa (mającej symbolizować umieranie), potem do prawej (odrodzenie). Mieszanki rapé mają bardzo różny skład i moc. Te lekkie zwykle tylko odświeżają, ale te najmocniejsze mogą spowodować nawet kilkugodzinne czyszczenie organizmu różnymi drogami, nawet same w sobie, bez kombo z kambô. Zależy to od rapé, wrażliwości pacjenta, towarzyszących substancji, intencji i chwili. Adrian korzysta ze specjalnej rapé, mającej głównie wspomóc wymioty. Wszyscy skorzystali i wszystkim pomagało w procesie.


Tym razem moja czyszczenie trwało nieco dłużej, chyba ponad pół godziny. Było to mocno wycieńczające, ale jak zwykle nadeszła ostatnia potężna fala wymiotów, po której wiedziałem, że to koniec. Ulga jak zwykle wspaniała. Na pierwszej sesji pozostał mi jeszcze na kwadrans lekki ból w podbrzuszu – Adrian wspominał, że może się pojawić. Za drugim razem oraz teraz nic takiego się nie stało. Progres.

Położyłem się. Wtedy Adrian zaproponował dopełnienie ceremonii jeszcze jednym lekarstwem. Sananga to roślina, z której przyrządza się płynny ekstrakt. Również z dżungli, ma się rozumieć. Kazał mi zamknąć oczy, a następnie wkroplił odrobinę na powieki. Kazał zamrugać. Tak zrobiłem i oczy zaczęły mnie mocno piec, ale tylko przez kilkanaście sekund. Sananga ma być bardzo dobra na oczy, ostrość wzroku oraz rozświetlenie wewnętrznych wizji. Przez następny kwadrans leżałem bez ruchu, czułem przyjemne mrowienie od głowy aż po koniuszki palców u dłoni i stóp. Ulga była coraz większa i był to pierwszy moment, w którym jednoznacznie odczuwałem przyjemność. Choć cała reszta też może sprawić pewną pokrętną „przyjemność”, jeśli wierzy się, że cierpienie ma być zbawienne dla zdrowia.

Zaczęliśmy chwilę po 10. Adrian zamknął ceremonię przed 12, kiedy już doszliśmy do siebie i pozostała w nas tylko ekscytacja po zakończonej bitwie. Po poprzednich sesjach, po kilku godzinach wszystko było w normie. Tym razem potrzebowałem całego dnia odpoczynku i kilku godzin snu w ciągu dnia. Położyłem się spać też wcześnie. Ale następnego dnia, jak zwykle jak nowy.

Trudno orzec, czy i jak duży wpływ ma to na mnie do dziś. Minął miesiąc i czuję się świetnie, ale sporo się działo i być może i tak czułbym się świetnie. Kto wie. Teraz ruszyliśmy w podróż, co oznacza mniejszą kontrolę nad odżywianiem się i często jedzenie „byle czego”. Dam znać, jeśli zauważę ewidentną poprawę lub jej brak. Na razie pozostała dosyć interesująca skaryfikacja na lewym ramieniu, która ma zniknąć za parę lat. Będzie to jednocześnie sugestia, że może warto powtórzyć terapię.

(ano)

po pierwszej sesji

po wszystkich

miesiąc później


piątek, 13 marca 2015

Koka

Ujęło mnie w Świętej Dolinie Inków, że jej mieszkańcy z oddaniem i szacunkiem traktują fizyczną reprezentację świata, niebo oraz ziemię i jej przejawy. Jak rodzinę. Mówi się tu o ziemi pachamama, madre tierra, o księżycu - madre kiya, nieboskłon to padre cielo, a słońce – padre inti. No i święte rośliny - madre ayahuasca, madre coca, abuelito wachuma, abuelito tobacco..

Madrecita coca, czyli koka, to jedna z najświętszych roślin dla rdzennych mieszkańców Andów. Jest znana ludziom od przeszło 8 tysięcy lat. Liście koki zawierają masę wartości odżywczych, w tym wapno, potas, fosfor, witaminy B, C i E, proteiny i błonnik. Koka jest łagodnym stymulantem, niweluje głód i pragnienie, łagodzi objawy zmęczenia, działa przeciwbólowo. Tubylcy stosują ją na wszelkie schorzenia - na malarię, astmę, wrzody, na lepsze trawienie; jako afrodyzjak, jako sposób na długowieczność.


Częstowanie się liśćmi koki jest tu mniej więcej tak powszechne jak w Europie częstowanie się przekąskami lub papierosami. Na wysokościach koka jest błogosławieństwem, bowiem zaczynając od mniej więcej 2 500 metrów, każde wzniesienie się o kolejne 200-300 metrów jest dla organizmu szokiem, musi na nowo się przystosowywać. Oddech się rwie, a w głowie zaczyna cisnąć; ten ból może się utrzymywać dniami, u niektórych nawet tygodniami. Żucie liści koki ułatwia przyswajanie tlenu, tym samym niwelując objawy choroby wysokościowej. Żuje się garść lub dwie wysuszonych liści do momentu, gdy ma się w ustach gorzkawą papkę o zielonym smaku; najlepiej tak żuć godzinami.


Przyjemniejszy, acz mniej skuteczny sposób to picie herby z koki, np. z dodatkiem imbiru, cynamonu i goździków. To jednak nie wszystko – na każdym tutejszym targu można kupić mąkę z koki, która z powodzeniem zastępuje mąkę pszenną. W cukierniach i restauracjach spotkać można ciasta z koki. 
Widziałam raz wróżenie z liści koki. Coś jak wróżenie z fusów. Jak ktoś lubi w ten sposób poszukiwać odpowiedzi...


Victoria, miła Francuzka, z którą odwiedziliśmy Lagunę Kinsa Cocha (fotorelacja z tego piękna tutaj), opowiedziała nam, jak wygląda despacho, tradycyjna ceremonia koki. Celem ceremonii jest oddanie hołdu naturze. Despacho odbywa się zwykle w pięknych okolicznościach przyrody, z dala od siedlisk ludzkich. Rozpoczyna się od rozłożenia na środku kręgu płachty białej tkaniny lub papieru. Na niej umieszcza się najróżniejsze ofiary dla pachamamy, przyniesione przez uczestników. Najczęściej będą to nasiona, zioła, płatki kwiatów, czasem słodycze, tkaniny, laurki, kosmyki włosów; co komu przyjdzie do głowy, zdaje się. Następny etap, zwany a`kintu, to dzielenie się liśćmi koki. Każdy z uczestników wybiera spośród swoich liści trzy najdorodniejsze i następuje moment kontemplacji, w którym każdemu z liści przypisuje się intencje, okazanie wdzięczności za przeszłość i teraźniejszość oraz życzenia na przyszłość. Potem uczestnicy pojedynczo wychodzą na środek kręgu, kłaniają się na cztery strony świata i umieszczają wybrane liście koki na tkaninie. Finalnie prowadzący zawija wszystkie złożone ofiary w pakunek, który następnie zostaje spalony lub pochowany w ziemi, co symbolicznie uwalnia ofiary, przywraca je ziemi. W ten sposób ceremonia zostaje wypełniona.

Tradycyjne rytuały mogą być, jak widać, piękną sprawą. Uświęcają chwile. Umożliwiają wyskok z codzienności i ponowne połączenie z naturą, odnalezienie w sobie pokładów szacunku i tego pierwiastka boskości, który wszyscy nosimy wewnątrz.
(w)

środa, 18 lutego 2015

Sacred Valley Tribe #2

Sacred Valley Tribe, plemię ze Świętej Doliny Inków, przyjmuje ayahuaskę jak sakrament. Wypicie esencji każdorazowo poprzedzone jest toastem Kawsay paj! , co w języku quechua znaczy „za życie”. Ceremonia kończy się słowami Ayllu masikunapa, czyli todos somos la familia, wszyscy jesteśmy rodziną.
Ayahuaskę traktują tu jako roślinę-nauczyciela, otwierającego duchowy wymiar, z którymi wchodzi się w bezpośredni kontakt przez żołądek. Proces trawienia wywaru to równocześnie trawienie najróżniejszych emocji i przeżyć celem ich zaakceptowania i pełnego zintegrowania z całością doświadczenia życiowego. Spożycie ayahuaski to zarówno doświadczenie transcendencji, jak uruchomienie wewnętrznego procesu leczenia.

Nazwa enteogen wywodzi się z greki i znaczy: odnaleźć świętość wewnątrz.

Ayahuaska (Banisteriopsis caapi) to liana, która występuje na obszarze całej Amazonii. Dla siedemdziesięciu pięciu etnicznych grup z niższej i wyższej Amazonii jest fundamentem tradycyjnej medycyny, roślinnym nauczycielem. Gotowana przez wiele godzin razem z liśćmi krzewu chacruna daje esencję o charakterze psychodelicznym, którą spożywa się podczas rytualnej ceremonii, prowadzącej do wielopoziomowego oczyszczenia i refleksji. Od ok. 5 000 lat jest stosowana przez amazońskich szamanów jako medium prowadzące do osiągnięcia wyższych stanów świadomości. Psychoaktywne działanie ayahuaska zawdzięcza obecności DMT, odpowiedzialnej za nocne marzenia substancji produkowanej także przez ludzki mózg. Mówi się, że chacruna odpowiada za malowanie onirycznych wizji, zaś ayahuaska jest nauczycielem, działającym na głębokim poziomie poza tymi wizjami. W tradycji szamanów z plemienia Shipibo spożywanie ayahuaski ma bardzo rozległe zastosowanie. Służy m. in. diagnozie i leczeniu chorób i wadliwego funkcjonowania fizycznego, psychologicznego i społecznego; podejmowaniu ważnych decyzji, leczeniu relacji, rozwiązywaniu konfliktów wewnętrznych, konfliktów rodzinnych i międzyplemiennych; komunikacji z duchowością natury, objaśnianiu tajemnic i zagadek.

Co istotne, konsumpcja ayahuaski w kontrolowanym kontekście nie wykazuje żadnych skutków ubocznych, nie jest uzależniająca, nie powoduje syndromu odstawienia. Mimo że zawiera komponent psychoaktywny, ayahuaska nie może być uznawana za narkotyk o negatywnych bądź uzależniających właściwościach. Przeciwnie, jej spożywanie nigdy nie jest doświadczeniem o charakterze rekreacyjnym, służącym zabawie. Spożycie w rytualnym kontekście o sakralnym i terapeutycznym charakterze prowadzi do procesu pogłębionej introspekcji, autoeksploracji, medytacji.

Przed konsumpcją esencji wskazana jest dieta, najlepiej kilkudniowa. Dieta sattviczna – bez mięsa, cebuli, czosnku, ostrych przypraw, intensywnych smaków. W dzień sesji zaleca się zjeść tylko lekkie śniadanie. Ceremonia rozpoczyna się około dwudziestej pierwszej. Uczestnicy siedzą obok siebie, w kole, oparci o ścianę, otuleni kocami. Pierwsze efekty są odczuwalne po 20-40 minutach od wypicia esencji i trwają średnio 3 - 4 godziny.
Podczas sesji optymalne jest zachowanie pozycji siedzącej, z uniesioną głową, co implikuje pełen szacunku stosunek do lekarstwa. Ponadto, łatwiej jest wtedy kontrolować efekty działania substancji.
W ramach wzajemnego szacunku ważne jest, by zachować kompletne milczenie, w miarę możliwości nie wytwarzać żadnych dźwięków, aby nie zakłócać procesu innych uczestników, ponieważ doświadczenie jest w najwyższym stopniu indywidualne i wewnętrzne.

Ceremonie z Diego wypełnione są muzyką. Gdy lekarstwo zaczyna działać w organizmie, wchodzą pierwsze akordy. Pieśni są ciepłe, świetliste, pełne nadziei, pierwotnych prawd, odwołań do przyrody i do wieczności. Są to pieśni różnych tradycji i języków. Ich słowa są piękne i proste, łatwe do zapamiętania i przechowania w sercu. Melodie czasem arytmiczne, skomplikowane i dramatyczne, czasem pogodne i taneczne. Podczas ceremonii na początku zanurzamy się w przedwiecznej ciszy, a potem, gdy pojawiają się pieśni, wszyscy zamieniamy się w słuchanie, spijamy te dźwięki i słowa, kąpiemy się w nich. Przez działanie lekarstwa zmysły są hiperwrażliwe. Najprzyjemniejszy dla ucha jest śpiew-szept i delikatne trącanie strun instrumentów.
Świątynia, gdzie odbywają się sesje, jest okrągła. Jest doskonale ciemno, niemal gęsto od mroku. Mimo, że jest nas średnio 20 - 30 osób, nie widać nikogo. Ze względu na architekturę budynku akustyka jest bardzo specyficzna, często nie da się zlokalizować, skąd dochodzi dźwięk. Muzyka ogarnia cię z każdej strony.

Atmosfera jest jasna, wypełniona bezpieczeństwem. Wszyscy jesteśmy odpowiedzialni za tą przestrzeń. Pomiędzy pieśniami panuje niezmącona cisza, słychać tylko oddechy, westchnienia i dźwięki oczyszczania, przez które wszyscy musimy przejść. Najczęściej są to wymioty, biegunka, łzy, czasem spazmatyczne łkanie, drganie z zimna, uderzenia gorąca. Bywa, że godzinami nieprzerwanie cieknie z oczu i z nosa, aż jest się doszczętnie wysuszonym. To także proces oczyszczania, wydalania złych wód.
Wymiotują niemal wszyscy, dlatego od początku ceremonii każdy jest zaopatrzony w kubeł, żeby nie było potrzeby wstawania z miejsca. Ktoś zaczyna, a potem idzie fala przez całą salę. Wymioty z różną częstotliwością trwają przez całą ceremonię. Niektórzy wymiotują raz, dwa razy, inni przez całą sesję. Wymioty to sposób pozbywania się dolegliwości fizycznych i psychicznych. Dają lekkość i świeżość. Dochodzi do tego, że po kilku ceremoniach zaczyna się kochać wymiotowanie. Proces staje się tym samym kompletnie oswojony, a jego brzmienie jest nieodzownym elementem muzycznym ceremonii. Niektóre dźwięki – szelest trawiastej grzechotki, niska wibracja dijiridu, pewne pieśni o zmiennym rytmie wywołują fale ciężkich wymiotów, tych z głębi trzewi, powiązanych z cierpieniem. Jest w tym coś pierwotnego, jaszczurczego, jakby budziły się dinozaury, te stworzenia, które były na Ziemi jako pierwsze.

Skutkiem spożycia esencji jest doznanie otwarcia się jakby dziury w czasoprzestrzeni, świętej wyrwy. Jest to chwila dokładnie tak długa, jak wszyscy potrzebują, by przejść przez swój wewnętrzny proces.

Sednem ceremonii jest doświadczenie bycia czystą świadomością, uciszenie rozumu i dryfowanie w kompletnej ciszy i ciemności. Świadomość przejawia się w oddechu, bezruchu, spokoju, kontemplacji, medytacji. Świadome oddychanie, czyli obserwacja cichego szumu oddechu, wznoszenia i opadania klatki piersiowej, powolnego napełniania i opróżniania płuc; podążanie za swoim oddechem, napawanie się jego spokojnym, równomiernym tempem; wypełnianie oddechu spokojem, światłem i wiekuistą ciszą– to największa rozkosz podczas ceremonii. Koncentracja na oddechu i zachwyt nim to, jak sądzę, źródło większości westchnień i ekstatycznych jęków. To jesteś prawdziwy ty. Cała reszta to tylko warstwy nazbierane przez lata doświadczeń, które z twoją wewnętrzną esencją nie mają nic wspólnego.

Warto podkreślić, że oniryczne wizje nie są sednem tego doświadczenia. Zdarza się, że nie doznaje się żadnych wizji przed całą noc, niemniej jednak doświadcza się wzmocnionego stanu świadomości, w którym można w nowy sposób ujrzeć głęboko zakorzenione problemy.

Prawdziwy sens ceremonii to jednak to, co z nią zrobisz po jej zakończeniu. Mówią, że ayahuaska zostaje w tobie na zawsze i powoli, nieubłaganie zmienia cię w lepszego człowieka. Po dłuższym czasie ewidentne zmiany manifestują się w rytmie i stylu życia oraz jakości relacji z innymi. Długofalowe skutki spożycia ayahuaski to wzrost intuicji, elastyczności i otwartości na zmiany, podobnie jak zdolności ekspresji emocjonalnej. Daje wewnętrzny spokój, poczucie pewności i bezpieczeństwa dotyczące nas samych i innych. Wszystko to jest rezultatem procesu wielopoziomowego leczenia i ponownego połączenia z wewnętrznym ja, z naturą i z transcendencją.

Więcej (w tym muzyka) na www.sacredvalleytribe.com
(w)






czwartek, 12 lutego 2015

Sacred Valley Tribe #1

Follow your bliss, mówi Diego. Rób to, co kochasz. Uwolnij to, czego nie lubisz, co ci ciąży. Życie samo w sobie jest bezwarunkowe, nie jest naładowane żadnym znaczeniem. Tylko ty sam zaopatrujesz je w sensy i obwarowujesz je.
Doświadczasz tylu granic, ile sam stworzysz. Gdy już uświadomisz sobie, że sam jesteś źródłem ograniczeń, z którymi się borykasz, możesz w końcu zacząć kruszyć te mury.

You are what you hold within you, mówi dalej Diego. Ty nadajesz znaczenie swojemu życiu. Jesteś tym, co wierzysz, że jest prawdziwe. Twoje wewnętrzne piękno zależy tylko od ciebie.
Jesteś w nieustającym procesie transformacji. Możesz się zmieniać w każdej nanosekundzie, bo wbrew temu, jak nas uczą, trwałość i konsekwencja nie są naturalnymi cechami ludzi. Możesz wciąż na nowo pisać swoją historię, ciągle ja przekształcać; tym zmianom nie ma końca.
To jest twoja prawdziwa wolność: możesz się zmieniać jak chcesz i ile chcesz.

Jedna jedyna prawda to ja jestem, so hum. Jedyne, co naprawdę wiesz, to że jesteś, teraz, tutaj. W tej ciszy, bezruchu, w tym oddechu. Nigdy nie jest tak, że cię nie ma. Więcej nie wiesz i nie musisz wiedzieć, nie musisz ciągle szukać, pytać i drążyć. Istniejemy w wielkiej niewiadomej, i tak jest dobrze.

Spróbuj skoncentrować się na swym niezakłóconym istnieniu, na czystym ja jestem, nie zanieczyszczonym przez jestem tym lub jestem tamtym. W końcu wszystko zniknie – ty sam, życie, którym żyjesz, twoje myśli i świat wokół. Pozostaje tylko spokój i ta niezgłębiona, przedwieczna cisza. Wszyscy mamy w sobie pierwiastek boskości, absolutu – przyjmij to jako jedyną prawdę. Twoja radość jest boska, twoje cierpienie również.

Jesteśmy świadomymi istnieniami, niczym więcej; reszta to nakładki, warstwy, którymi obrastamy i które tylko nas obciążają. Najcięższym balastem, który dźwigasz, są fałszywe autoidentyfikacje. Porzuć je.
Całe cierpienie wynika z przekonania, że jesteś tym życiem, tymi myślami, tym umysłem, tą opowieścią. Tą postacią z tymi marzeniami, nadziejami, pragnieniem bycia kimś. Każda twoja myśl to część historii o tobie. Ale to nie jesteś ty. Największe wyzwanie dla poszukiwaczy duchowości to porzucenie poczucia własnej ważności, dostrzeżenie pustki osobistej historii. Twoja osobista opowieść to coś, z czego musisz się obudzić, aby odnaleźć wolność.

Staraj się utrzymywać w życiu pozycję zdystansowanego obserwatora. Nie reaguj na wydarzenia, lecz odpowiadaj na nie.

Dawaj z siebie jak najwięcej, każdego dnia. Dziel się wszystkim, czym potrafisz. Im więcej dasz, tym więcej otrzymasz w zamian. Im bardziej błogosławisz innym, tym więcej błogosławieństw staje się twoim udziałem. Rzeczywistość, w której funkcjonujesz codziennie, to tylko zwierciadło, w którym się odbijasz.

Tym mniej więcej torem idą słowa Diego Palma, zamykającego cotygodniową ceremonię ayahuaski.

Diego serwuje ludziom ayahuaskę od czternastu lat i jest w tym naprawdę dobry. Ceremonie odbywają się w komfortowych, bezpiecznych warunkach. Poczucie bezpieczeństwa wypływa przede wszystkim z doświadczenia i profesjonalizmu Diego, który razem z rodziną i przyjaciółmi, plemieniem, jak się sami nazywają, buduje atmosferę pełną jasności i spokoju. Kontekst jest w tym wypadku niezwykle istotny. Ciepłe, wygodne miejsce - świątynia na planie koła, którą Diego wybudował obok swojego domu. Zintegrowane, klarowne wskazówki co do przebiegu sesji. Pełna światła muzyka, piękne pieśni o pozytywnym przesłaniu. No i zamknięcie ceremonii - wtedy, gdy wszyscy uczestnicy są jeszcze trochę tam, a już powoli z powrotem, gdy są najbardziej wrażliwi i mają całkiem otwarte serca, Diego mówi to, co przytoczyłam powyżej.
cdn.

(w)

poniedziałek, 9 lutego 2015

Peruwiańskie markety

Markety to jedno z naszych najulubieńszych zjawisk w Peru.



Każdy market ma swoją stałą część wewnętrzną i ruchomą, zmieniającą kształt i rozmiar w zależności od dnia tygodnia część zewnętrzną. Niektórzy sprzedawcy mają duże, bogate stoiska, inni zaś siadają na ziemi i rozkładają przed sobą chustę z kilkoma ziemniakami lub pęczkiem pietruszki bądź cilantro. Handlowanie na targowisku to praca codzienna i całodzienna, bo warzywa i owoce trzeba sprzedać, zanim się zepsują. Handlarki nie mają więc czasu na nic innego, całe ich życie kręci się wokół marketu.







W stałym punkcie każdego targu jest stoisko obiadowe oraz jugeria, czyli pijalnia świeżych soków. Panie są hojne i zawsze dostaje się obfitą dokładkę.



Negocjowalność cen przechodzi najśmielsze oczekiwania. Nigdy nie wiesz, ile zapłacisz. Ten sam produkt jednego dnia może kosztować 1 sol, drugiego trzy razy więcej, a kolejnego taniej, niż pierwszego. Trzeba więc za każdym razem podczas zakupów dużo chodzić, porównywać, gadać i okrężnymi sposobami próbować stawiać na swoim. Generalnie jednak ceny produktów spożywczych na targach są przyjazne dla kieszeni. Za 1 sol (ok. 1,20 - 1,30 zł) przykładowo można kupić 2 mango albo 10 oritos (najmniejsze i najsłodsze bananki długości średnio 10 cm), 2 marakuje, 5 sporych marchewek bądź 3 pomarańcze. Działa swojska zasada: poproszę pomidorków za 2 sole i mięty za 30 centimos. Mając w kieszeni 10 soli z łatwością można nakupić jedzenia na obiad z deserem.









Na najbardziej zjawiskowym targowisku San Pedro w centrum Cusco można kupić absolutnie wszystko. Poza tonami warzyw, owoców i ziół jest fascynująca sekcja z akcesoriami magiczno-zdrowotnymi. Można tam m.in. zakupić kaktusa san pedro i ayahuaskę. Jest też oczywiście agua de florida, czyli orzeźwiająca ziołowa mieszanka z nutą bergamotki, którą wszyscy szamani posługują się podczas ceremonii, oraz wiele innych korzenno-kwiatowych wód kolońskich – różana, cynamonowa, sandałowa, paczuli... Poza tym różnych wielkości i kształtów (kule, piramidy) minerały i magiczne kamienie z przewagą kryształów. Aromatyczne patyczki palo santo, pozwijany w rulony tytoń mapachu, który można suszyć i potem palić, albo zalawszy wodą, wciągać jak tabakę, co pięknie pobudza i orzeźwia. Na targu San Pedro kupiłam też liście karczocha, z których przyrządza się gorzką herbatę, oczyszczającą i kojącą wątrobę np. po antybiotykoterapii.



(w)

poniedziałek, 29 grudnia 2014

Datura, czyli czarcie ziele albo bieluń

Czarcie ziele ma cztery węzły: korzeń, łodygę z liśćmi, kwiaty i nasiona. […] Najważniejszy węzeł to korzenie. Potęgę czarciego ziela pokonuje się przez korzenie. Łodyga i liście to węzeł leczący choroby; właściwie użyty jest dobrodziejstwem rodu ludzkiego. Trzeci węzeł znajduje się w kwiatach; używa się go do wprowadzania ludzi w obłęd lub żeby zapewnić sobie ich posłuszeństwo albo żeby ich unicestwić. Człowiek, którego sprzymierzeńcem jest bieluń, nigdy nie przyjmuje kwiatów, tak samo jak łodygi i liści, chyba że w wypadku własnej choroby, zawsze natomiast przyjmuje się korzenie i nasiona, zwłaszcza nasiona; stanowią one czwarty węzeł czarciego ziela, obdarowany największą mocą.
Mój dobroczyńca mawiał, iż nasiona to „węzeł trzeźwości” – jedynie ta część ziela zdolna jest wzmocnić ludzkie serce.
Carlos Castañeda „Nauki Don Juana” (1968)


Amazoński lud Shuar ma swoje trzy „święte rośliny”: tytoń, ayahuaskę i daturę, czyli bieluń. Ten ostatni, jak podejrzewam, zarezerwowany jest głównie dla samych curanderos.
To potężna i niebezpieczna roślina. Znachor innego plemienia (Siona lub Cofan) z dorzecza Cuyabeno powiedział nam, że wywar z ayahuaski i datury był częścią jego rytuału przejścia. Miał wówczas blisko 40 lat i wspomina, że przez dobę był na wpół żywy. Rytuał ten był ostatnim krokiem na jego kilkunastoletniej drodze do zostania szamanem.

ów szaman, tutaj smyrający dla zdrowia pokrzywą (ortiga) naszego przewodnika Diego

Zdarza się, że zażywających bieluń przywiązuje się do drzewa, bo dostając pomieszania zmysłów, mogą zrobić sobie albo komuś krzywdę. Dlatego też w takiej ceremonii nie uczestniczy żaden inny szaman czy opiekun. Z daturą zmagasz się sam, nie licząc hord diablików, których podszepty rzekomo słyszy się podczas bieluniowego lotu. Tak twierdziła szamanka kaktusa san pedro Felicia, która kiedyś próbowała datury. Poza złowrogimi podszeptami, na godzinę oślepła. Godzinę, którą zajęło jej pokonanie na czworaka jednego metra. Mówiła, że każda czynność zdawała się absurdalnie trudna i ma respekt do tej rośliny, ale to nie jej lot.
Chodzą plotki, że alergicznie wrażliwi na bieluń mogą zatruć się już samym dotknięciem kwiatu, i przez kilka godzin nurzać się w malignie. Inną, współczesną paranoję rozdmuchują media. Ostatnio moja siostra Madzia podesłała mi dokument (swoją drogą marnej jakości, a prezenter gringo-tłumok) o tym, jak to rzekomo przestępcy w Kolumbii przetwarzają daturę przy pomocy chemikaliów, niczym kokę na kokainę, na bardzo niebezpieczny biały proszek. Wystarczy nabrać odrobinę na dłoń, dmuchnąć komuś w twarz i po minucie masz swojego własnego poddanego. Możesz poprosić takiego zombie o numer karty kredytowej lub ściągnięcie majtek, bo podobno ofiara jest skrajnie podatna na wszelkie sugestie. Mimo to, przez dwa miesiące w Kolumbii nie słyszałem o tym ani razu. Za to z tego samego dokumentu dowiedziałem się, że nawet przestępcy boją się korzystać z tego opartego na bieluniu wynalazku. Dlaczego? Bo trzeba doskonale wyliczyć proporcje – proszku musi być bardzo mało, inaczej ofiara umrze i nici z karty i PIN u. Myślę, że zbyt to wysublimowana technika dla przeciętnego, w gorącej wodzie kąpanego zbira z Kolumbii.
Poza tym dokument wmawiał ludziom, jak to niebezpiecznie jest w Kolumbii, używając przykładu, który znajdziesz w co dziesiątym europejskim ogródku. Bieluń jest często spotykaną w Europie rośliną ozdobną. Nie wiem, czy ma podobne właściwości, co tutejsze czarty.



- Ziela używa się jedynie w związku z mocą. […] Mężczyzna pragnący odzyskać wigor, młodzieńcy pragnący zmierzyć się ze zmęczeniem i głodem, człowiek pragnący zabić innego człowieka, kobieta szukająca roznamiętnienia – ci wszyscy ludzie potrzebują mocy. A ziele ich nią obdarzy! […]
- Czuję przypływ dziwnego wigoru – […] Było to bardzo osobliwe doznanie niewygody czy frustracji; całe moje ciało poruszało się i rozciągało z niezwykłą lekkością i siłą. Odczuwałem swędzenie ramion i nóg. Miałem wrażenie, że puchną mi barki, a mięśnie grzbietu i karku korciły mnie, żeby naprzeć lub ocierać się o drzewa. Wydawało mi się, że mógłbym rozwalić mur, waląc w niego głową.
Carlos Castañeda „Nauki Don Juana” (1968)


Ale właściwie to nie o daturze chciałem pisać. Ani o ayahuasce – już całkiem bezpiecznej dla życia substancji, która jest roślinnym przewodnikiem i nauczycielem szamana, oraz lekarstwem dla ducha i układu pokarmowego jego pacjenta. Pisać miałem o tej trzeciej roślinie, którą jest tytoń. I zrobię to, ale już w kolejnym poście.


Na koniec jeszcze dwie foty, bo san pedro niedługo zakwitną, a na razie wyrosły na nich takie shizowe karczochy.


(ano)