Wbrew
temu, co się początkowo wydaje, zachowanie milczenia przez 10 dni
nie stanowi problemu. Fakt jednak, że wypowiedzenie pierwszych słów
po po tym okresie jest dziwnym doświadczeniem. Usta nie chcą
układać się w słowa, zasycha w gardle, gubi się składnia.
Oczywiście, trwa to tylko przez pierwsze minuty, zaraz potem narządy
mowy swobodnie wracają do wiecznie trajkoczącego trybu, w którym
trwają przez niemal całe życie.
Milczenie
umysłu to inna, bardziej skomplikowana sprawa. To, że nie otwierasz
ust, nie znaczy bowiem, że nie kotłuje ci się w głowie. W tych
specyficznych okolicznościach, spędzając 10 godzin dziennie na
medytacji, człowiek uświadamia sobie, że w umyśle toczy się
nieustanny monolog, ewentualnie wewnętrzny dialog. Każdego dnia
miliardy informacji są przetwarzane, analizowane, trawione;
przypisuje się im przeróżne znaczenia i emocje; są katalogowane,
szufladkowane, akceptowane lub usuwane.
Uświadamiasz
sobie, że jesteś membraną do przetwarzania informacji, że ten
proces toczy się nieustannie, chcesz tego czy nie.
Wejście
w stan medytacji to zatrzymanie tego procesu, zapanowanie nad umysłem
i wprowadzenie tam stanu ciszy. Totalnego spokoju, pustki, nicości.
Do tego się dąży.
Przez
pierwsze dni w ogóle nie ma mowy, by osiągnąć taki stan. Umysł
oczyszcza się długo i powoli, trzeba ciężko pracować, być
cierpliwym i wytrwałym. Po jakimś czasie niespodziewanie zdajesz
sobie sprawę, że trwasz w tym stanie – przez sekundę. Kolejnym
razem – kilka sekund. Potem - przez minutę. To uczucie jest nie do
opisania. Daje ci nieskończenie wiele spokoju, głęboki odpoczynek.
A potem nagle umysł znów wpada na falę jakiej myśli lub emocji.
Łapiesz się na tym i znów zbierasz się w sobie, skupiasz i
próbujesz wrócić do stanu medytacyjnej pustki. I tak przez cały
czas, mniej więcej. Medytacja to ciągła praca nad własnym stanem
skupienia.
Umysł
buntuje się, nie jest przyzwyczajony do takiego wytężonego
wysiłku. Gdy po paru dniach udaje się już pozostawać w stanie wewnętrznego spokoju przez dłuższe okresy, umysł „dla
odpoczynku” chce sobie trochę pomyśleć, powspominać,
pomarzyć... Robi to z przyjemnością, bo to jest to, co zna i umie.
Nie potrafi trwać w spokoju.
A
te momenty właśnie, esencja medytacji, to jakby wolne dryfowanie w
nieograniczonej przestrzeni ciszy, coś czystego i unikalnego.
Przez
pierwsze cztery dni kursu pracujesz nad swoim oddechem, obserwując
naturalne flow wdechu i wydechu w wąskim obszarze przestrzeni między
czubkiem nosa a ustami. To czas oczyszczania umysłu, trening
koncentracji. Czwartego dnia wprowadzane są instrukcje do Vipassany.
Gdy pierwszy raz usłyszałam te instrukcje, miałam dosłownie
wizję, jakby ktoś przekręcił złoty klucz w ciemnych wrotach i
wpuścił strużkę bardzo jasnego światła.
Ta
technika jest zarazem prosta i bardzo piękna. Ucząc się nie
reagować na doznania fizyczne na powierzchni ciała, uczysz się,
jak nie reagować na jakiekolwiek doznania. Uczysz się akceptacji i
spokoju. Bo, o czym warto zawsze pamiętać, nic, czego doświadczamy,
nie jest naładowane znaczeniem. To my sami przypisujemy te
znaczenia, a za nimi emocje, i przez to borykamy się z tyloma
zagwozdkami i problemami. Tymczasem nic nie ma obiektywnego
znaczenia. Wszystko to kreacja umysłu. Od ciebie zależy, jak
będziesz reagował na zdarzenia w twoim życiu. Od ciebie zależy,
ile rzeczy lubisz, a ile nie. Uświadom to sobie i wyzwól się z
tego. Po to jest ta medytacja. By się oczyszczać i zbawiać,
każdego dnia.
Doświadczenia
uczestników kursu Vipassany są skrajnie różne. Niektórzy nie
czują niemal nic, bo albo nie potrafią się skupić, albo oczekują
fajerwerków, a zdarza im się tylko dokuczliwe, nagłe swędzenie w
różnych częściach ciała lub uderzenia gorąca. Inni odczuwają
silny ból, który trudno jest zaakceptować i przejść dalej.
Niektórzy czują naprzemiennie doznania subtelne, jak ciepło i
chłód czy lekkie drgania, i doznania ostre, jak ból i swędzenie.
Niektórzy mają ciała pełne białych plam, miejsc, gdzie nie czuje
się kompletnie nic. Te miejsca wymagają najwięcej koncentracji,
trzeba się nad nimi zatrzymać i cierpliwie pracować, to
najtrudniejsze. A niektórzy wibrują.
Przez
pierwsze dni najtrudniejsze było dla mnie utrzymanie pozycji
siedzącej .To zresztą bolączka wszystkich uczestników kursu
Vipassany. Niby większość z nas siedzi przez większość naszego
życia, niemniej w międzyczasie wykonujemy mnóstwo pobocznych
ruchów. Podczas kursu medytacji też można zmieniać pozycję, ale
do wyboru są, jeśli dobrze liczę, tylko trzy, bo na więcej nie ma
miejsca. Świątynia nie jest duża, a medytuje w niej niemal sto
osób. Każdy ma swoje przypisane miejsce, mniej więcej 70x70 cm.
Połowa uczestników kursu to ludzie od lat ćwiczący jogę,
elastyczni i świadomi swoich ciał, a jednak i dla nas jest to duże
wyzwanie. Dokuczliwy ból pleców, spięty kark, zablokowane ramiona,
sztywne kolana, cierpnące nogi. Nawet nie wyobrażam sobie, jak
bolesne musi to być dla ludzi, którzy nie pracują nad swoimi
ciałami; albo jakie to doznanie dla ludzi w wieku naszych rodziców
i starszych. Niemniej, w kursie brali udział ludzie ze schorzeniami
kręgosłupa; był też spory procent osób po pięćdziesiątce. I
wszyscy wytrwali do końca. Da się.
Drugą
najtrudniejszą kwestią okazał się proces czyszczenia umysłu. W
pewnym momencie uświadamiasz sobie, że twój umysł to kubeł pełen
śmieci, upychanych tam latami zwłaszcza przez rodziców, szkołę i
społeczeństwo. Coś tak prostego, jak skupienie się na oddechu, to
proces odwrotny w stosunku do reszty twojego życia, bo cały ten
bajzel musi jeszcze raz przelecieć przez twoją głowę, tym razem,
by stamtąd wylecieć. Znaczy to, że w twoim umyśle mnóstwo się
dzieje i jest to koszmarnie męczące. Pojawia się odruch obronny -
tysiąc wątpliwości: po co ja to w ogóle robię, przecież lubię
swoje życie; czuję się jak na przymusowym obozie; chce mi się
płakać jak dziecku; tu jest strasznie, itd. To niesamowite, jak
przekonująco umysł potrafi się bronić przed takim
oczyszczaniem.
Trzeciego
dnia, po pierwszej medytacji, która kończy się o 6.30, wyszłam ze
świątyni i poczułam się jak na kaktusie san pedro. Zmysły ostre
jak brzytwa. Widzisz kolory, których nie uzmysławiałeś sobie
nigdy wcześniej. Śledząc lot ptaka, dostrzegasz ruch jego
skrzydeł. Rozróżniasz pieśni poszczególnych ptaków. Takie są
pierwsze efekty koncentrowania umysłu. W niektórych przypadkach –
psychodeliczne.
Gdy
zaczęliśmy praktykować Vipassanę, początkowo odczuwałam dużo
niespodziewanego swędzenia: jestem na etapie poszukiwania doznań w
obszarze nosa, a swędzi mnie czoło; medytuję nad lewą stopą, a
bolą mnie plecy; jestem na czubku głowy, a cierpną mi nogi.
Trwała niełatwa nauka, jak nie zmieniać miejsca koncentracji
umysłu na to, gdzie doznania są w danym momencie najbardziej
intensywne.
Piątego
dnia pojawiły się pierwsze wibracje. Poczułam, jak promieniuje
okolica trzeciego oka, jak wibrują czoło, nos i policzki. Szósty i
siódmy dzień to apogeum odczuwania wibracji na ciele. Cała głowa
i kończyny wibrowały bardzo mocno. Czułam, jak po moich rękach,
od ramion po opuszki palców, wędruje energia elektryczna, która
wychodzi poza moje ciało. Fizycznie poczułam, że zarówno moje
ciało, jak powietrze wokół niego zbudowane są z maleńkich,
nieustannie wibrujących cząsteczek energii. Tym i tylko tym jest
świat, ogromną ilością wibrujących atomów. Uzmysłowienie sobie
tego poprzez fizyczne doświadczenie to jedno z najdonioślejszych
przeżyć mojego życia.
Ósmego
dnia wibracje zaczęły jakby spowalniać i zaczęły pojawiać się
białe plamy.
Dziewiątego
dnia, gdy czułam, że medytuję najlepiej ze wszystkich dni, w
najgłębszym skupieniu, ze spokojem i totalną cierpliwością, na
moim ciele są już same białe plamy. Nie czuję kompletnie nic.
Poszłam spytać instruktorki, jak to możliwe. Okazuje się, że
także na tej płaszczyźnie jesteśmy zbudowani jak cebula, z wielu
warstw. Dość szybko wyczyściłam pierwszą, najbardziej zewnętrzną
warstwę (stąd te wibracje), i odsłoniły się dalsze obszary do
pracy. A tej pracy jest bardzo dużo. Nie jest tak, że jak raz
zaczniesz odczuwać wibracje na powierzchni ciała, zostaniesz w tym
błogosławionym stanie już na zawsze. Vipassana to przede wszystkim
wysiłek, niekończąca się praca, by osiągnąć spokój i
harmonię.
Ostatniego
dnia, podczas którego medytuje się już tylko przez 3 godziny, a od
południa można rozmawiać, podczas poobiedniej sesji przeżyłam
swoje najbardziej odlotowe doświadczenie medytacyjne. Czułam bardzo
intensywny i niezakłócony przepływ energii przez ciało, zbieżność
energii wewnętrznej i zewnętrznej, hałaśliwy puls krwi, w którego
rytmie pulsowało całe moje ciało. Było tak intensywnie, że przez
całą sesję w rytm tego pulsu kołysałam się w przód i w tył,
nie mogąc przestać, ani na chwilę nie wypadając z tego rytmu i
stanu kompletnego skupienia. Nie ma słów, by to opisać.
Odkąd
skończyliśmy kurs Vipassany, medytujemy codziennie rano przez około
godzinę. Spokój i harmonia rosną.
(w)