czwartek, 25 grudnia 2014
Feliz Navidad
Katolicka sztuka sakralna Ameryki Południowej wielokrotnie wprowadzała nas w konsternację. Bardzo osobliwa jest głównie jej infantylność. Ale o Maryjach-laleczkach i emo-Jezusach w innym poście. Tym razem kilka świątecznych dekoracji, które uchwyciliśmy w tym miesiącu.
wtorek, 23 grudnia 2014
Peru. Pierwsze dni.
Ekwador
ma trzy przejścia graniczne z Peru: dwa powszechnie używane, a
trzecie znacznie rzadziej. My wybraliśmy to trzecie, bo z Vilcabamby
chcieliśmy dotrzeć prosto do Chachapoyas, miasta Ludzi z Chmur, i
tędy było najbliżej.
Podróż z Vilca do Chacha trwa jakieś 16-17 godzin i obejmuje 5 przesiadek autobusowych. Można, oczywiście, zatrzymać się po drodze na noc, by odsapnąć, ale my chcieliśmy od razu trafić w kolejne piękne miejsce, więc zrobiliśmy to za jednym zamachem.
Na głównej ulicy Vilcabamby o pierwszej w nocy łapie się autobus do Zumby. Do Zumby dotarliśmy o wpół do szóstej rano. Pierwszy transport do La Balsa (tak się nazywa przejście graniczne), tzw. ranchera, rusza o ósmej. Ranchera wygląda tak:
A jak dwie rachery się mijają, obie zjeżdżają na pobocze, co wygląda tak:
Do granicy jedzie się półtorej godziny dość spektakularną, nieasfaltowaną, wąska drogą andyjską, na przemian dużo pod górę i sporo z górki. Ranchera dowozi cię do samiutkiego przejścia granicznego, które wygląda tak:
By dostać pieczątkę wyjazdową z Ekwadoru trzeba się cofnąć jakieś dwadzieścia metrów. Można się też nie cofać, tylko przemknąć przez tą granicę, prawdopodobnie nikt nie zwróci uwagi. Z przejścia granicznego korzystają głównie miejscowi z obu stron, którzy sobie po prostu przez nie przechodzą. Strażnicy graniczni siedzą w swoich budach, tego ekwadorskiego w zasadzie musieliśmy zawołać, by podbił nam paszporty. Gdy spytałam go, kiedy możemy wrócić do Ekwadoru, powiedział, że nie wie, bo nie ma dostępu do systemu. Musielibyśmy się spytać na innym przejściu granicznym.
Przejście od strony peruwiańskiej wygląda tak:
Granicznik po stronie peruwiańskiej okazał się powolnym, skrupulatnym urzędasem. Dał nam wizę na trzy miesiące, choć ponoć standardową praktyką jest sześć miesięcy na start. Na pytanie, dlaczego tylko na trzy, nie odpowiedział. Nie to nie.
Z granicy do najbliższego miasta, San Ignacio, trzeba przejechać taksą, bo innego transportu nie ma. Potem z San Ignacio do Jaen autobusem (ze trzy godzie), z kolei z Jaen do Bagua Grande busikiem, zwanym na tym kontynencie colectivo (z półtorej godziny), i ostatni etap – z Bagua Grande do Chachapoyas również colectivo (ostatnie dwie godzinki). Do Chacha dotarliśmy koło osiemnastej, czyli wszystko zgodnie z planem. Znaleźliśmy hostel i padliśmy na pysk.
Następnego dnia wstaliśmy co prawda rano, ale poszliśmy na targ i trochę zamarudziliśmy. Jak już zjedliśmy śniadanie, było po dziesiątej. Okazało się, że jest za późno, by jechać do tych spektakularnych miejsc, dla których tu przyjechaliśmy (o nich w kolejnych postach). W związku z tym Jose, gospodarz hostelu, polecił nam przejechać się do pobliskiej wioski, Huacas, na mirador nad kanionem del Solche.
Okazało się, że kanion jest totalnie wypasiony. Przepiękny, rozległy, głęboki, z kilkoma wodospadami. Ziemia jest tam rdzawoczerwona, roślinność w większości kolczasta, a pejzaż głównie skalisty, na swój sposób bardzo surowy. Okolica nie jest popularna, spotkaliśmy trzy osoby na krzyż. Do tego jeszcze pogoda była oszałamiająca. Pozachwycaliśmy się tam ładnych parę godzin.
(w)
Podróż z Vilca do Chacha trwa jakieś 16-17 godzin i obejmuje 5 przesiadek autobusowych. Można, oczywiście, zatrzymać się po drodze na noc, by odsapnąć, ale my chcieliśmy od razu trafić w kolejne piękne miejsce, więc zrobiliśmy to za jednym zamachem.
Na głównej ulicy Vilcabamby o pierwszej w nocy łapie się autobus do Zumby. Do Zumby dotarliśmy o wpół do szóstej rano. Pierwszy transport do La Balsa (tak się nazywa przejście graniczne), tzw. ranchera, rusza o ósmej. Ranchera wygląda tak:
A jak dwie rachery się mijają, obie zjeżdżają na pobocze, co wygląda tak:
Do granicy jedzie się półtorej godziny dość spektakularną, nieasfaltowaną, wąska drogą andyjską, na przemian dużo pod górę i sporo z górki. Ranchera dowozi cię do samiutkiego przejścia granicznego, które wygląda tak:
By dostać pieczątkę wyjazdową z Ekwadoru trzeba się cofnąć jakieś dwadzieścia metrów. Można się też nie cofać, tylko przemknąć przez tą granicę, prawdopodobnie nikt nie zwróci uwagi. Z przejścia granicznego korzystają głównie miejscowi z obu stron, którzy sobie po prostu przez nie przechodzą. Strażnicy graniczni siedzą w swoich budach, tego ekwadorskiego w zasadzie musieliśmy zawołać, by podbił nam paszporty. Gdy spytałam go, kiedy możemy wrócić do Ekwadoru, powiedział, że nie wie, bo nie ma dostępu do systemu. Musielibyśmy się spytać na innym przejściu granicznym.
Przejście od strony peruwiańskiej wygląda tak:
Granicznik po stronie peruwiańskiej okazał się powolnym, skrupulatnym urzędasem. Dał nam wizę na trzy miesiące, choć ponoć standardową praktyką jest sześć miesięcy na start. Na pytanie, dlaczego tylko na trzy, nie odpowiedział. Nie to nie.
Z granicy do najbliższego miasta, San Ignacio, trzeba przejechać taksą, bo innego transportu nie ma. Potem z San Ignacio do Jaen autobusem (ze trzy godzie), z kolei z Jaen do Bagua Grande busikiem, zwanym na tym kontynencie colectivo (z półtorej godziny), i ostatni etap – z Bagua Grande do Chachapoyas również colectivo (ostatnie dwie godzinki). Do Chacha dotarliśmy koło osiemnastej, czyli wszystko zgodnie z planem. Znaleźliśmy hostel i padliśmy na pysk.
Następnego dnia wstaliśmy co prawda rano, ale poszliśmy na targ i trochę zamarudziliśmy. Jak już zjedliśmy śniadanie, było po dziesiątej. Okazało się, że jest za późno, by jechać do tych spektakularnych miejsc, dla których tu przyjechaliśmy (o nich w kolejnych postach). W związku z tym Jose, gospodarz hostelu, polecił nam przejechać się do pobliskiej wioski, Huacas, na mirador nad kanionem del Solche.
Okazało się, że kanion jest totalnie wypasiony. Przepiękny, rozległy, głęboki, z kilkoma wodospadami. Ziemia jest tam rdzawoczerwona, roślinność w większości kolczasta, a pejzaż głównie skalisty, na swój sposób bardzo surowy. Okolica nie jest popularna, spotkaliśmy trzy osoby na krzyż. Do tego jeszcze pogoda była oszałamiająca. Pozachwycaliśmy się tam ładnych parę godzin.
(w)
wtorek, 16 grudnia 2014
Amazonia
Amazonia
to skarb. Niestety, przez zachłanność
polityczno-ekonomicznych reprezentantów istot ludzkich, zawsze w siebie
zapatrzonych, jej obszar stopniowo acz nieubłaganie kurczy się. Bo
przecież wydobycie jest najważniejsze, i z niego płynący hajs,
hajsik. Trzeba ssać zasoby, bez względu na koszty (w tym szerokim
sensie). Ssie więc Amazonię każdy, kto może – zaczęły
oczywiście Stany, a potem poszło lawiną. Kanadyjczycy przymierzają
się do kopania miedzi w obszarze Cordillery del Condor,
jednym z najbardziej bioróżnorodnych na świecie. Również
Chińczycy kupili ostatnio kawał dżungli, a co. Stać ich? Stać.
To mają i Chińczycy. Nie pamiętam, co tam będą ssać, ropę czy
miedź. Co by to nie było – dżungli niedługo na pewno już tam
nie będzie.
Skala wydobycia, wiążąca się z wycinaniem w pień lasów deszczowych i mglistych jest zatrważająca. Wydobycie ropy stanowi 70% dochodu Ekwadoru. Ktoś parę lat temu podjął głupią decyzję i teraz ponoszone są konsekwencje. Owszem, jest więcej dróg i więcej kablówki dla wszystkich, za to lasu deszczowego mniej i mniej.
To najbardziej gorzka lekcja, jaką otrzymaliśmy w Ameryce Południowej. Nikt z wielmożnych władców tego pogubionego świata nie dba o Amazonię, która, jak mnie uczyli w podstawówce, jest przecież „zielonymi płucami świata”. W sumie zastanawiam się, czy jak za 20-30 lat ktoś będzie chciał zobaczyć dżunglę w Ekwadorze, to będzie jeszcze co oglądać. Prawdopodobnie nie.
Tymczasem pobyt w dżungli amazońskiej to jeden z najpiękniejszych prezentów, jakie można sobie sprawić. Dżungli chyba też, bo dochód z turystyki stanowi pewien hamulec dla przemysłu wydobywczego.
Park Cuyabeno, który odwiedziliśmy, znajduje się w pólnocno-wschodnim rogu Ekwadoru. Jego perłą jest Laguna Grande, niebywale pejzażowe, rozległe jezioro, w którym rosną wyjątkowe drzewa, macrolobia. Pojawiają się tam okresowo różowe delfiny, ale akurat nie trafiliśmy w sezon. Za to zachody słońca, bez względu na porę roku, są pierwszorzędne.
Kilka godzin dziennie spędzaliśmy, wiosłując po rzece Cuyabeno i po lagunie. Inaczej praktycznie nie da się poruszać po okolicy, bo szlaki piesze są trzy na krzyż, by buciorami i hałasem nie zaburzać ekosystemu. Z perspektywy kajaka podziwialiśmy ptaki, małpy i inne piękności, m. in. kajmany i anakondy. Piękna to perspektywa, bo nijak nie zakłóca naturalnego rytmu natury. Gdy jesteś w kajaku, ma cię ona gdzieś, i hasa sobie, jak lubi. A ty tylko słuchasz i patrzysz. I serce rośnie.
(w)
Skala wydobycia, wiążąca się z wycinaniem w pień lasów deszczowych i mglistych jest zatrważająca. Wydobycie ropy stanowi 70% dochodu Ekwadoru. Ktoś parę lat temu podjął głupią decyzję i teraz ponoszone są konsekwencje. Owszem, jest więcej dróg i więcej kablówki dla wszystkich, za to lasu deszczowego mniej i mniej.
To najbardziej gorzka lekcja, jaką otrzymaliśmy w Ameryce Południowej. Nikt z wielmożnych władców tego pogubionego świata nie dba o Amazonię, która, jak mnie uczyli w podstawówce, jest przecież „zielonymi płucami świata”. W sumie zastanawiam się, czy jak za 20-30 lat ktoś będzie chciał zobaczyć dżunglę w Ekwadorze, to będzie jeszcze co oglądać. Prawdopodobnie nie.
Tymczasem pobyt w dżungli amazońskiej to jeden z najpiękniejszych prezentów, jakie można sobie sprawić. Dżungli chyba też, bo dochód z turystyki stanowi pewien hamulec dla przemysłu wydobywczego.
Park Cuyabeno, który odwiedziliśmy, znajduje się w pólnocno-wschodnim rogu Ekwadoru. Jego perłą jest Laguna Grande, niebywale pejzażowe, rozległe jezioro, w którym rosną wyjątkowe drzewa, macrolobia. Pojawiają się tam okresowo różowe delfiny, ale akurat nie trafiliśmy w sezon. Za to zachody słońca, bez względu na porę roku, są pierwszorzędne.
Kilka godzin dziennie spędzaliśmy, wiosłując po rzece Cuyabeno i po lagunie. Inaczej praktycznie nie da się poruszać po okolicy, bo szlaki piesze są trzy na krzyż, by buciorami i hałasem nie zaburzać ekosystemu. Z perspektywy kajaka podziwialiśmy ptaki, małpy i inne piękności, m. in. kajmany i anakondy. Piękna to perspektywa, bo nijak nie zakłóca naturalnego rytmu natury. Gdy jesteś w kajaku, ma cię ona gdzieś, i hasa sobie, jak lubi. A ty tylko słuchasz i patrzysz. I serce rośnie.
(w)
Subskrybuj:
Posty (Atom)