piątek, 22 sierpnia 2014

Uro wero, czyli trochę prywaty

Moje ostatnie dwudzieste urodziny spędziliśmy w towarzystwie Niemki Melanie, która trochę przypominała mi Rudą Kinię, co było bardzo bardzo miłe, oraz z młodą parą Belgów. Dziewczyna miała ksywę Hitler. Jak wypiła kilka koktajli, zaczęliśmy się przekonywać, dlaczego.
Ano zrobił tort z kakaowych ciastek, bananów i czekolady; było czerwone wino, darmowe drinki i sporo palenia tytoniu. Ponadto Hitler i ja zatańczyłyśmy na barze.
Całkiem klawo.
(w)








czwartek, 14 sierpnia 2014

Goście: Eduardo, ayahuasca, joga i ajurweda

Eduarda przyprowadził do baru parę tygodni temu Travis, były barman Izhcaylumy, a obecnie nieformalny lokalny profesor substancji psychoaktywnych.

Eduardo Sokołowski to trzydziestosiedmioletni, zarośnięty, przystojny Argentyńczyk. Świetnie mówi po angielsku, co wśród mieszkańców tego kontynentu jest rzadkością. Jego babcia była Polką, stąd znajome nazwisko.

Przybył do Izhcaylumy prosto z dżunglowej wioski Gualaquiza, gdzie odbył miesięczną leczniczą sesję ayahuaski z szamanem Julio Tiwiram. Co dwa wieczory przez 30 dni zażywał pnącze duchów w wyłącznym towarzystwie szamana. Za tę ekskluzywną przyjemność (miesięczna indywidualna sesja plus pokój wynajęty w chacie szamana) płacił 50 dolarów dziennie, co jest ceną uwzględniającą już 50% zniżkę.
Na zakończenie ayahuaskowej sesji szaman zaprosił Eduarda na próbę czystości ducha w wyjątkowe miejsce – pod wodospad, gdzie mieszka legendarna anakonda (drugim dnem obecności anakondy w wodospadzie jest to, że obok ducha jaguara i duchów przodków, duch anakondy jest jedną z najpowszechniej występujących ayahuaskowych wizji). Polecił mu usiąść na szerokim płaskim głazie pod wodospadem i medytować. Jeśli jego dusza jest czysta i silna (a taka powinna być w wyniku uzdrowicielskiego działania ayahuaski), nie ma się czego bać, anakonda nie stanowi dla niego zagrożenia.
Eduardo okazał się wystarczająco potężny i oświecony. Anakonda nie pojawiła się.

Eduardo jest joginem z 15 – letnim doświadczeniem. Przez wiele lat mieszkał na zmianę w Hiszpanii i w Indiach; w Indiach doskonalił praktykę jogiczną, w Hiszpanii pracował i grał na gitarze w zespole death metalowym. Obie gałęzie działalności kontynuuje do dziś. Obecnie jest muzykiem freelancerem (marzy mu się powrót do ciężkich brzmień; po powrocie do Buenos Aires planuje coś kminić w tym temacie) oraz mistrzem jogi. Prowadzi indywidualne sesje, przeznaczone głównie dla zamożnych i zaawansowanych adeptów, najczęściej – dla innych nauczycieli jogi, chcących pogłębić swoją praktykę.
Eduardo pracuje wyłącznie na zasadzie sesji jeden na jeden, gdyż swoje podejście do jogi opiera na zasadach ajurwedy. Najpierw ocenia, jaka dosha (słowo pochodzi naturalnie z sanskrytu, niektórzy tłumaczą je jako energię biologiczną) przeważa w konstytucji danej osoby i na tej podstawie dobiera optymalną dla niej sekwencję asan.
Po dość pobieżnej rozmowie dowiedzieliśmy się, że ja mam przewagę doshy pitta, a Ano vata. Eduardo oszacował to na podstawie naszego wyglądu zewnętrznego i temperamentu przejawiającego się na pierwszy rzut oka.
Temat trochę nas zafascynował, więc postanowiłam go podrążyć.
Osoby typu pitta przejawiają cechy pierwiastka ognia. Ich skóra jest miękka i ciepła, łatwo się zaczerwienia. Często mają piegi i pieprzyki. Łatwo robią im się wysypki i stany zapalne. Ich szeroko pojęte łaknienie jest silne, a puls stabilny. Często mają wrażliwe oczy. Jeśli są zbalansowani, są ciepli, czuli i kochający; gdy wytrąceni z harmonii – poirytowani, źli i krytyczni. Są ekstrawertykami. Inteligentni, analityczni, zdeterminowani i ambitni.
Dominującym żywiołem energii vata jest powietrze. Osoby vata są szczupłe, mają wystające kości, krzywe zęby, a ich stawy wydają strzelające dźwięki. Mają suchą i cienką skórę z prześwitującymi żyłami. Śpią lekko, ze skłonnością do zaburzeń i bezsenności. Ich puls jest zwykle słaby i nieregularny. Łatwo marzną. Szybko się uczą, ale i szybko zapominają. Są kreatywni, wrażliwi, niespokojni i introwertyczni.
Trzeci typ kapha jest przepojony żywiołem ziemi. Charakteryzuje go ciężka i solidna budowa ciała. Osoby typu kapha łatwo przybierają na wadze. Mają grubą, gładką i wilgotną skórę; włosy grube, często faliste, zęby duże i białe. W akcji są wytrzymałe, powolne i metodyczne. W uczuciach – sentymentalne i romantyczne. Cenią poczucie przynależności, lubią życie rodzinne i tradycję. Chętnie gromadzą pieniądze i rzeczy.
Naturalnie, podział ludzi na trzy typy energii, podobnie jak wszelkie inne klasyfikacje, stanowi generalizację. Niemniej, ajurweda to najstarszy na świecie system medyczno–metafizyczny, jej tradycja sięga 5000 lat wstecz, więc zasługuje na nieco uwagi. Jest systemem mądrym, bo holistycznym i prewencyjnym – na podstawie prostego podziału na trzy doshe daje mnogość wskazówek, jak dbać o zdrowie, rozumiane tu jako harmonijny przepływ energii i zachowanie równowagi pomiędzy ciałem, duszą i umysłem.

Wg ajurwedy każdy człowiek jest się więc dość unikatową mieszanka trzech dosh, z których zwykle przeważa jedna lub dwie mniej więcej na równi. W internecie można znaleźć proste testy na doshe, np. taki (w. angielskojęzyczna) albo taki.
Ajurweda okazuje się kopalnią pragmatycznej wiedzy. Na podstawie ustalonej przewagi dosh w organizmie medycyna ajurwedyjska radzi, jakie smaki faworyzować, a jakich unikać; jak optymalnie zbalansować swoją dietę, na jakich rodzajach aktywności fizycznej warto się skoncentrować (w tym – jakie konkretne asany i pranajamy są dla ciebie najlepsze), co więcej – jak harmonizować swą energię biologiczną kolorami, zapachami, a nawet teksturami materiałów, którymi się otaczasz.
Eduardo udzielił nam paru cennych rad co do praktyki jogi. Ja, by zbalansować swój ogień, powinnam skupić się na medytacji, co do asan zaś - na otwierających klatkę piersiową i energetyzujących wygięciach do tyłu. Co do diety, kolorów i dźwięków –mam się schładzać, koić i uspokajać. Bartek, w którego konstytucji przeważa element powietrza, odwrotnie – smakami, barwami i zapachami powinien się ogrzewać, a podczas jogi ma się koncentrować na kontroli oddechu i budowaniu poczucia równowagi.

Mam wrażenie, że holizm i pewna enigmatyczność systemu ajurwedyjskiego jest trudna do zaakceptowania dla wychowanego w kulturze zachodniej umysłu, z drugiej strony jednak, czemu by nie spróbować skorzystać choć z części wskazówek tej prastarej, jednak wciąż aktualnej nauki. Wszak nic złego z tego nie może wyniknąć. Na pewno zasady ajurwedy mają więcej sensu niż to, czego często jesteśmy uczeni od małego – by jeść jak najwięcej, najlepiej syto i tłusto; w dobie hiperkonsumpcjonizmu - dogadzać sobie na wszelkie możliwe sposoby, a potem po czterdziestce lub pięćdziesiątce – odczuwać skutki tej wieloletniej bezmyślności w stosunku do własnego ciała.
(w)

czwartek, 7 sierpnia 2014

Ocean boogie

Podróż na wybrzeże trwała w sumie około 14 godzin w jedną stronę. Była to podróż autobusowa, z czterema przesiadkami. Jeszcze parę tygodni wcześniej podróż nocnym autobusem przez Andy (w tym przypadku – najpierw wzniesienie się na ok. 2500 metrów, by zaraz potem zacząć zjeżdżać do poziomu morza, a wszystko to w przeciągu jakichś 6-7 godzin) wydawała się nam karkołomnym przedsięwzięciem. Na pohybel, jednak postanowiliśmy spróbować. Widać powoli oswajamy się z klimatem.
Początkowo czułam się jak na granicy jawy i snu, jak w jakiejś dziwacznej turbo-rakiecie. Było niebywale głośno i ciemno, z nagłymi oślepiającymi przebłyskami świateł, które za ułamek sekundy znów ginęły w ciemnościach. W sumie jednak okazało się nienajgorzej. Bowiem, mimo duszności, huku i serpentynowej drogi, poniewierającej tobą na wszystkie strony, da się w tych nocnych autobusach spać. Co oszczędza czas i hajs.

Zasadniczym celem naszej wyprawy było opisane już udanie się w mini-rejs na oglądanie wielorybów. Marzyliśmy o Galapagos, jednak kompletnie nas na to nie stać. Jednodniowy rejs na Isla de la Plata połączony z podziwianiem wielorybów to nasza namiastka darwinowskiego archipelagu. A że podróż na wybrzeże jest długa, postanowiliśmy spędzić tam tydzień. W notesie mieliśmy garść rekomendacji od gości i rezydentów Izhcaylumy co do potencjalnie interesujących bądź przyjemnych miejsc pobytu.

Naszym pierwszym punktem docelowym było Puerto Lopez.

Autobusy zatrzymują się na dworcu położonym 3 km poza miasteczkiem. Z dworca do centrum można się przespacerować szosą lub przejechać tzw. taxi moto za 50 centavos. Ten wynalazek jest, zdaje się, charakterystyczny dla Puerto Lopez. Trzęsie i hałasuje niemiłosiernie, ale z drugiej strony przejażdżka daje wyjątkowe poczucie lokalnego folkloru.



Puerto Lopez słynie z kilku pozycji programu turystycznego. Stąd płynie się na Isla de la Plata lub na krótsze rejsy, by spotkać oko w oko wieloryba. Zatem wszędzie, gdzie nie pójdziesz, napastują Cię handlarze oferty wycieczkowej, krzyczący na widok wszelkich turystopodobnych: BALLENAS, BALLENAS!
Druga rzecz to targ rybny, chyba najbardziej znany na całym wybrzeżu Ekwadoru. Każdego ranka kilkadziesiąt łodzi rybackich wyrusza w morze, by przywieźć dziesiątki czy nawet setki kilogramów ryb, krewetek, kalmarów i innych jadalnych stworzeń, mieszkających w oceanie. Złowiony towar wykładają na plaży. Tuż obok tego codziennego, spontanicznego targu rozkłada się kilkanaście naprędce skleconych mini-jadłodajni. Kucharki kupują od rybaków świeże rybki, sprawnie je przyrządzają i serwują klientom w towarzystwie ryżu, platanów i sałatki. W ofercie można też znaleźć zupę rybną oraz ceviche, czyli papkę z surowej ryby bądź owoców morza w marynacie z limonki z dodatkiem cebuli, papryki i soli. Taki śniadanioobiad to 3 bagsy. Tylko do godz. 10. Kto rano wstaje, ten się na cały dzień naje.


Inną fajną rzeczą w Puerto Lopez jest warzywniak, w którym pomieszkuje królik. Znaleźliśmy tam nasz absolutny owocowy numer jeden, czyli marakuje. Co jakiś czas zmienia mi się tu apetyt na owoce. Początkowo pałałam uczuciem do papai, teraz ledwie mogę je znieść. Od paru tygodni wielbię dojrzałe ananasy, które są niewymownie słodkie i soczyste. Arbuzy zawsze były i będą spoko. Z bananami jest bardzo różnie. Najlepsze są malutkie, ale niełatwo je spotkać. Uświadomiłam tu sobie, że banany krojone w plasterki są dużo smaczniejsze niż połykane w dużych gryzach; zupełnie zmienia się ich jędrność i soczystość. Podobnie zresztą rzecz ma się z truskawkami.


W centrum miasteczka natrafiliśmy na taki oto proekologiczny mural.


Dużo częściej jednak mury Puerto Lopez szpeciło takie wysprejowane hasło:


Dowiedzielismy się, że Colon to lokalny polityk; ladron to złodziej. Ale czemu 50 dni bez wody? Zagadka nierozwiązana.

20 km na południe od Puerto Lopez leży wioska Ayampe, będąca lokalnym centrum surferów. Zatrzymaliśmy się tam na 3 dni w bambusowej chatce należącej do hosterii Palma de Coco, z widokiem na ocean oddalony jeno o jakieś 60-70 metrów.



Plaża w Ayampe okazała się niezbyt urodziwa – wąska i najeżona wyrzuconymi z oceanu skarbami i śmieciami. Ponadto panujący tam mikroklimat był mało sprzyjający – wilgotny chłód i pochmurne niebo. Charakterystyczny pejzaż Ayampe to wyłaniająca się z oceanu formacja dwóch skał na horyzoncie oraz maleńkie figurki surferów co jakiś czas wynurzające się na moment, by po chwili zniknąć w odmęcie jakiejś fali.
Posnuliśmy się trochę po tej zamglonej plaży i zaspanej wiosce. W niedzielę rano wybraliśmy się na spacer w poszukiwaniu śniadania. Owoce i warzywa trudno dostać, za to w co drugiej chatce z bambusa można kupić ręcznie robione lody kokosowe oraz mrożone banany w czekoladzie na patyku, wyborne. Po południu poszliśmy na kawę do Cafe Cultura. Kawa okazała się dość podła, jak w większości miejsc w Ekwadorze, za to mieli tam kolekcję kilkudziesięciu dość przypadkowo dobranych książek, wśród których natknęliśmy się na „Dzienniki gwiezdne” Lema po hiszpańsku.


Z Ayampe jest rzut beretem do Montanity – imprezowego pępka Ekwadoru. Montanita obrosła legendą, sto razy słyszałam w Izhcaylumie: Montanita, wooow, maaaan, it`s soo cool, you HAVE to go there. Los chciał, że trafiliśmy tam w niedzielę po południu, kiedy połowa świata leczy kaca. Panował więc klimat wczorajszy, a nawet przedwczorajszy – brak jakiejkolwiek energii, nieświeżo, brudno, po ulicach i knajpach snują się tylko ledwo ciepłe niedobitki. Co więcej, dzień wcześniej utopiły się tam dwie pijane i przejedzone osoby. Wiało ponurą atmosferą. Zjedliśmy syfiasty obiad, szybko zrezygnowaliśmy z opcji imprezowania i wróciliśmy do naszej bambusowej dziupli w Ayampe.

Potem ruszyliśmy do Ayangue. Znów zamieszkaliśmy w chałupie z bambusa, tym razem na przewiewnym pięterku, z widokiem na tycią zatokę, wokół której usytuowane jest całe Ayangue. 



Wioska słynie z tanich homarów. No więc spróbowaliśmy. Za 10 bagsów dostaliśmy sporego homara, nad którym Bartek utknął z młotkiem prawie na godzinę. Dużo jedzenia i dużo zabawy. Słodko-gorzki, mięsisty, interesujący smak.




W pobliżu Ayangue znajduje się jedna z najpiękniejszych plaż Ekwadoru, Playa Rosada. Jeden ziomek zaoferował nam wypad na plażę łódką. Jak się, okazało, ten wypad to był taki wodny spacer, odnosił się do podziwiania Playa Rosada z morza, bo łódka nie może tam „zaparkować”. Powiedział, że możemy wyskoczyć z łodzi i dopłynąć do plaży, ale mając ze sobą elektronikę, nie zaryzykowaliśmy.



Jeszcze dwa słowa z drogi powrotnej. Dworzec autobusowy w Guayaquil, największym mieście Ekwadoru, to babilon, królestwo konsumpcji i ciągłe przemieszczanie się mas ludzkich. Kupić tam można chyba wszystko. Niestety, z branżą gastronomiczną jest upiornie. Wszystkie dworcowe restauracje to fast foody, co nie jest rozsądne, zważywszy na to, że wszyscy w którymś momencie wsiadamy do autobusu i w większości wypadków będziemy nim jechać godzinami, serpentynami. Niemniej czasem głód potrafi zwieść na manowce, i skusiłam się na sałatkę owocową, którą bufetowa zalała ciepławym sokiem z arbuza. Papaje były nieświeże, nabrałam więc też podejrzeń co do reszty owoców. Po połowie zrezygnowałam, i wyszło mi to na dobre. Bartek wszamał jakieś danie z kurczakiem i chorował cały następny dzień. Bez dwóch zdań, następnym razem robimy kanapki.
Co więcej, nie udało nam się kupić biletów na bezpośredni autobus do Loja. Mimo, że przybyliśmy na dworzec około osiemnastej, a autobusy kilku kompanii jeżdżą co godzinę do dwudziestej trzeciej (więc miało ich być jeszcze ze dwadzieścia), nie było ani jednego wolnego miejsca. Padaka. W końcu postanowiliśmy spędzić pół nocy na tym gigantycznym dworcu (mieliśmy rozpoczętą partię Heroesów, a na dworcu było wiele kontaktów, do których można się podłączyć) i o wpół do drugiej ruszyć na południe, do Machali, a stamtąd około piątej powinniśmy złapać już jakiś autobus do Loja. Wszystko poszło dość gładko, może poza faktem, że podczas 6-godzinnej podróży z Machali do Loja na pełny regulator grało radio z muzą ekwadorską, która jest po prostu straszna, najgorsza. Więc w tą stronę spania nie było.
A to już na dworcu w Loja.


Generalne moja refleksja na temat wakacji na wybrzeżu jest taka: spodoba ci się, jeśli lubisz wydawać pieniądze na fajne hotele, jedzenie, drinki i wszelkie konsumpcyjne różności, oferowane w poszczególnych miejscach. Jeśli starasz się nie wydawać za dużo, może być trochę męcząco i nudno. Niedrogie pokoje nie są zbyt przytulne, zwykle mają tylko ohydne jarzeniowe światło, często cuchnie w nich grzybem i jest chłodno. Jak mieszka się w średnio fajnym hostelu, raczej nie ma się ochoty spędzać w nim dużo czasu. Więc szuka się atrakcji na zewnątrz. W dobie wstrętnego kapitalizmu wszystkie atrakcje kosztują. Vilcabamba jest pod tym względem dość wyjątkowa – nie ma nudy nawet bez dużego wydawania hajsu. Gdzie nie pójdziesz, jest pięknie. Niedrogo można się tez naszamać. No i ten tygiel kulturowy – napotykani ludzie są albo ciekawi, albo przynajmniej sympatyczni.

Wybrzeże Pacyfiku nas nie zachwyciło. Za dwa lub trzy miesiące jedziemy do Kolumbii obczaić wybrzeże karaibskie. To może być czad.

(w)